Blog > Komentarze do wpisu
DyMnO w Łochowie

Sobota, 11 maja 2013. Jedna z ciekawszych, długodystansowych imprez na orientację w Polsce. Słynne DyMnO tym razem w Łochowie, nad brzegami szeroko rozlanego obecnie Bugu.

Pobudka o 4.50 i szybki dojazd z Miśkiem (obaj reprezentujemy Galerię) do szkoły w Łochowie. Zawodnicy z trasy ekstremalnej (dwuosobowe zespoły poruszające się na różnych etapach pieszo, rowerem i kajakiem) już na trasie. My piesi, zbrojni w mapy i kompasy, ruszamy o 7.30, żegnani przez głównego organizatora Andrzeja Krochmala.

Zapowiadali deszcz, ale obyło się bez niego, za to intensywnie byliśmy nawadniani od spodu. Bo pierwsza część rajdu to w dużej części bagna, w których brnie się po łydki. Tradycyjnie zaliczam na początku wpadki orientacyjne, namierzam się kilkakrotnie na punkty i tracę tu trochę do najlepszych. Najdłużej szukałem bagiennego punktu S, krążąc moczarami i płosząc trzykrotnie chyba tę samą sarnę. 

Opuszczam bagno i szybko, bezproblemowo odnajduję kilka punktów w przebieżnym, pofalowanym lesie (jakże pomocny jest tu poziomicowy rysunek rzeźby terenu). Z mapą do BnO w skali 1:15 000 idzie dobrze, gorzej z przelotami pomiędzy miejscami zagęszczenia punktów kontrolnych, na których musi wystarczyć topograficzna mapa 1:25 000 o przedpotopowej aktualności.

Po drodze przeprawy przez głębokie rowy melioracyjne, czasem po bobrowych tamach, czasem w bród, czasem skokowo. Zagubienia na bagnach, fartowne, przypadkowe najścia na punkty kontrolne, bezkresne łąki. Domki kempingowe opanowane zlotem głośnych motocyklistów, wokół których trzeba było odnaleźć ukryte w gęstych krzaczorach punkty.

Na mapach do BnO zasuwałem najkrótszymi wariantami na azymut, o ile przebieżność lasu pozwalała. Na tych kawałkach tylko z topograficzną nie było tak łatwo, robiłem okrężne wejścia na punkty z jednoznacznych do zidentyfikowania terenów zabudowanych. Od czasu do czasu ktoś mi towarzyszył, ale nie dłużej niż godzinkę.

Wyjście na brzeg Bugu zrobiło wrażenie. Rzeka szeroko rozlana, intensywnie podcinała młodnik, na którym stałem, nie dało się iść brzegiem. Gdzie indziej wielkie, zwalone sosny podmyte przez agresywną rzekę, zagradzały przejście. Jeden z punktów kontrolnych (w sumie było ich 33), o symbolu M, nie został znaleziony, mimo że jakieś pół godziny go szukaliśmy, namierzając się z pomiarem odległości krokami niezależnie z dwóch skrzyżowań leśnych dróg i trafiając dokładnie w to samo miejsce. Nie było też rozsypanego konfetti, które dowodziłoby, że punkt został tu postawiony, ale ktoś go ukradł. Strata czasu z szukaniem, napieramy dalej.

Końcówka pod znakiem długich przebiegów, odcinek z ostatniego PK9 do bazy miał przynajmniej 8 km. A na mecie zadanie dodatkowe. Trzeba było przerysować na własną mapę punkty z mapy wzorcowej w bazie i znaleźć je. To tzw. szwajcarka, czyli wielkoskalowa (1:7500) mapa, ale bez ciągłości. Biała kartka, a treść mapy tylko w bezpośrednim sąsiedztwie punktów kontrolnych. Niezbędna jest dyscyplina z pomiarem odległości krokami i pilnowaniem azymutu.

Na zmęczeniu niezbyt precyzyjnie przyrysowałem lokalizację pierwszego punktu szwajcarki i wylądowałem na niewłaściwym brzegu szerokiej strugi, płosząc nurkującego tuż koło mnie bobra. W desperacji przeskoczyłem kilkumetrowej szerokości wodę, oczywiście nie dosięgając brzegu i robiąc wielką fontannę. Potem działaliśmy we trójkę, przypadkowo sformowany zespół, a każde z nas jakoś się do poskromienia piekielnej szwajcarki przyczyniło. Dziewczyna pilnowała dystansu licząc kroki, ja azymutów, chłopak też znalazł jeden z punktów, którego dość długo nie mogliśmy znaleźć.

Wreszcie z kompletem punktów (nie licząc nieistniejącego M) melduję się wykończony na mecie z czasem ponad 11 godzin i po chyba ponad 60 km rajdu (Garmin 210 padł w połowie trasy po jakichś 35 km). Obiad grochówkowo-hotdogowy bardzo potrzebny. Po nim wracamy z Miśkiem do Warszawy, mój kompan był o ponad pół godziny lepszy, kończył rajd, kiedy ja przerysowywałem punkty do szwajcarki.

Sensację budziło moje ubranie od pasa w dół. Białe kompresyjne galoty EXO Salomona (prezent z Pirenejów sprzed dwóch lat) w połączeniu z równie białymi i salomonowymi opaskami kompresyjnymi. Kompresja sprawiła się znakomicie, nazajutrz pisząc ten tekst nie czuję prawie wcale bólu w łydkach i udach. To działa! I pierwszy test w bagiennych warunkach butów Saucony Peregrine 3, który wypadł dobrze. Dobrze gubiły wodę po bagnie, nie obcierały, zero odcisków, wszystko cacy. Tylko muszę coś zrobić z długimi sznurówkami, rozwiązującymi się często bez stuptutów na licznych przeszkodach. No i pranie, bo kolor całkiem inny niż przed rajdem....

Andrzej Krochmal zapowiada, że DyMnO nie będzie już organizowane co roku, raczej to będzie biennale. Za dużo roboty to organizatorów kosztuje. Rzeczywiście, zrobienie takiej multidyscyplinarnej imprezy na sporym obszarze, to masa rozciągniętej w czasie pracy. Mapy, rozstawianie i zbieranie punktów kontrolnych, cała logistyka, ogrom. Trochę szkoda, bo DyMnO to fajna sprawa, więcej inwencji niż gdzie indziej na InO. Ale rozumiem orgów.

niedziela, 12 maja 2013, jangzdacz

Polecane wpisy

  • Jeszcze Ergo nie zginęło, czyli trzecia prawda w mediach biegowych

    Czwarta tej zimy impreza biegowa w Falenicy. Docieram do mety „górskiego” biegu po wydmie, trzy kółka i w sumie prawie dziesięć kilometrów, rozciąga

  • Basia Szlachetka

    W 2000 r. pojechaliśmy sporą grupą warszawskich biegaczy, zorganizowanych przez Janusza Kalinowskiego, na maraton w Berlinie. W tamtych czasach impreza ta szoko

  • Buty na Łemkowynę

    Miałem duży zgryz, jakie buty zabrać na Łemkowynę, bo w sobotę startuję w ŁUT 70. W Beskidzie Niskim pada, z przerwami ale jednak, będzie konkretne błoto zapewn