Blog > Komentarze do wpisu
Wedlowski półmaraton w dżinsach

Przed tygodniem ja i moja małżonka Ania byliśmy wolontariuszami na Mariott Everest Run. Unikalna impreza, którą nazwałbym ultramaratonem w bieganiu po schodach. Bo znakomite wyczyny na całym świecie Piotrka Łobodzińskiego i zawody w wieżowcu Rondo ONZ 1 to sprinty. MER otwiera erę schodowych miejskich ultramaratonów, z reminiscencjami himalaistycznymi.

Przez kilka godzin, z przerwami, byliśmy z Anią i Izą windziarzami i regularnie woziliśmy z poziomu +40 na poziom -1 kilkunastoosobowe grupki śmiałkiń i śmiałków, zdobywających przez dobę (lub krócej) warszawski, mariottowy Everest. Everest składał się z 65-krotnego wspięcia się 42-piętrową klatką schodową, co w sumie dawało 8848 m w pionie. Mistrz zrobił to w 16 godzin.

Głównym zadaniem windziarza było pilnowanie, żeby do windy nie wchodziło za dużo osób, bo groziło to awarią dźwigu. Zasuwanie po schodach przypadło mi zresztą do gustu, bo przez ostatni miesiąc co tydzień przybywam na schodowe treningi w Mariotcie, Intercontinentalu i PEKiNie, a zachęcił mnie do nich Maciaszczyk. Zarówno MER, jak i treningi, organizuje Fundacja Wspierania Ratownictwa RK. Co znaczy RK, to nawet najbardziej wtajemniczeni w tej firmie nie bardzo wiedzą.

W podzięce za udział w wolontariacie dostaliśmy od rzeczonej fundacji propozycję udziału w szkoleniu pierwszej pomocy i z zaproszenia wczoraj, w piątek, skorzystaliśmy. Szkolenie było na Batorego z zakresu BLS (basic life support, czyli głównie resuscytacja) i AED (automatic external defibrylator, czyli elektrowstrząsy). Sporo wniosło, warto było. Dzień był poza tym taki sobie, bo za sprawą pikującego w dół ciśnienia i nadciągającej nocnej śnieżycy czułem się dość nieszczególnie. Wróciliśmy późno wieczorem do domu, a rano czekał mnie Wedel.

Pospać w nocy nie dała Biała. O piątej z minutami znacząco sapała mi nad uchem, a kiedy uległem, to na zewnątrz załapaliśmy się na obfity opad śniegu. Krótki spacer zwieńczyła niewielka, zwarta psia kupka, więc trudno mówić o awaryjnej sytuacji, toteż Biała swą nadranną natarczywością trochę mi podpadła.

Rano, po nieco opóźnionej pobudce, na krześle naszykowałem sobie siatę z ekwipunkiem na trzy wedlowskie biegi, po czym wybrałem się na zarządzony przez małżonkę wypad psio-piekarniowy. Kolejka przed Lubaszką, jak to w sobotę, okazała się dość konkretna, myślałem nawet o rezygnacji. Zakupów nie przyspieszyła też kłótnia dwóch jegomościów z kolejki, co rozpraszało kasjerkę i opóźniało finał zaopatrzenia rodzinki w pieczywo. Zrobiło się naprawdę późno. Wróciwszy z Białą do domu chwyciłem plecak z, jak mniemałem, kompletnym wyposażeniem, po czym pognałem na przystanek, by zetteemem dotrzeć do Parku Skaryszewskiego, co udało mi się około 10.40. Czas już był najwyższy, żeby zdążyć wziąć udział w biegu na orientację, poprzedzającym start na dwóch dystansach Biegu Wedla.

Zapisałem się do orientacji, zasuwam do szatni w budynku Drukarza. W czasie przebierania odbieram telefon Anki z informacją, że zostawiłem biegowe ubrania na krześle. Zaglądam do plecaka, faktycznie zostawiłem. Trudno, zasuwam w dżinsach. Okazuje się też, że nie zabrałem kompasu. Na szczęście są trailowe buty z goreteksem, numer startowy i czip oraz garmin.

Startuję jako jeden z ostatnich na najdłuższym dystansie InO, start interwałowy, trasa D liczy teoretycznie około 5500 m. Znajduję 20 punktów kontrolnych w ciągu 41 minut, poszło mimo braku busoli dość sprawnie, bez poważniejszych wpadek, a garmin pokazał przebiegnięte około 6500 m. Warunki śnieżno-błotne. W czasie biegu na orientację słyszę spikera ogłaszającego, że Filip Stępniak, syn Michała z którym pracuję w ERGO, wygrał bieg na 1850 m. Docierając do mety patrzę na zegar, jest 11.45. Za kwadrans startuje bieg na 5 km, do którego jestem zapisany. Trzeba się sprężać.

Lecę do szatni w Drukarzu po numer startowy i czip, a tu niespodzianka. W czasie mojego biegania na orientację pokoik, w którym zostawiłem swoje rzeczy, został okrzyknięty damską szatnią, co uczynili uczestnicy zawodów, a raczej uczestniczki, a nie organizatorzy. Houston, mamy problem. Udaje się ubłagać przebierające się panie, wpadam na kilka sekund do pokoiku, nie rozglądając się specjalnie i przepraszając, po czym z plecaka wyciągam kopertę z numerem startowym, czipem i agrafkami. Chwilę później jestem na starcie, wzbudzając zdziwienie swoimi nieco już ubłoconymi i przepoconymi dżinsami. Nie mam też na sobie ani klubowej, ani białej wedlowskiej koszulki (otrzymanej od organizującego bieg Andrzeja Krochmala).

Jakoś mimo braków w garderobie udało się bieg C dość szybko przebiec, osiągając mniej więcej pięćdziesiątą lokatę. Czas niecałe 25 minut, dystans policzony przez garmina 5500 m. Większość biegu w niedalekim sąsiedztwie Ani Pojawy, która wygrała kategorię K-35. Trasa składała się z trzech pętli po wyasfaltowanej, ale nieco zaśnieżonej skaryszewskiej obwodnicy oraz gruntowego (czyli błotnego) finiszu. Na mecie medal, torebka z pakiecikiem finiszera (m.in. słodkości od Wedla) oraz płynna czekolada i degustowana, podobnie jak w wielu innych imprezach biegowych, Idea Kaffee. Młoda uczestniczka pyta mnie, czy lepiej mieć na trasie buty szosowe z gładką podeszwą, czy raczej trailowe z kostropatą. Mówię, że jednak lepsze będą te drugie, więc dziewczyna zasuwa zmienić obuwie.

Zachodzę przed ostatnim biegiem do szatni i znów mam problem z dostępem do rzeczy. Któraś z litościwych biegaczek wynosi wreszcie z damskiej szatni mój plecak i kurtkę, co pozwala nie zmarznąć zbytnio w półgodzinnym oczekiwaniu. Zrzucam kilka minut przed startem rzeczy w foliowym worku w depozycie w amfiteatrze, po czym biegnę na start.

O ile rozpoczęcie biegu C poprzedziło głośne odliczanie, o tyle start biegu D na 9 km był zupełnie cichy. Ludzie po prostu nagle zaczęli biec. Zasuwam w krępujących nieco dżinsach pięć okrążeń po Parku Skaryszewskim. Zmęczenie daje się we znaki, nie gnam tak jak w biegu C. Zasuwam raczej na puls, starając się utrzymać w drugim zakresie. Tętno mimo dość stałego tempa stopniowo rośnie ze 140 do 160 na ostatnim okrążeniu. Finiszuję w błocku, czas nieco ponad 43 minuty. Po biegu posiłek w postaci grochówki w towarzystwie Izy, szykującej się niebawem do przeprowadzki do Poznania. Przebieranie się w szatni, na szczęście dało się skompletować suchą zmianę. W losowaniu po biegu trafił mi się kalendarz Idea Kaffee. Pora do domu.

W sumie uzbierał mi się dziś w Skaryszaku półmaraton: 6500 na orientację + biegi Wedla na 5500 i 9200 m. Razem 21 200 m. Dawno nie ścigałem się w dżinsach. A jutro rano w planach wypad do Puszczy z Białą i Maciaszczykiem. Mam nadzieję, że już nie tak na wariata jak dziś.

niedziela, 01 lutego 2015, jangzdacz

Polecane wpisy

  • Jeszcze Ergo nie zginęło, czyli trzecia prawda w mediach biegowych

    Czwarta tej zimy impreza biegowa w Falenicy. Docieram do mety „górskiego” biegu po wydmie, trzy kółka i w sumie prawie dziesięć kilometrów, rozciąga

  • Basia Szlachetka

    W 2000 r. pojechaliśmy sporą grupą warszawskich biegaczy, zorganizowanych przez Janusza Kalinowskiego, na maraton w Berlinie. W tamtych czasach impreza ta szoko

  • Buty na Łemkowynę

    Miałem duży zgryz, jakie buty zabrać na Łemkowynę, bo w sobotę startuję w ŁUT 70. W Beskidzie Niskim pada, z przerwami ale jednak, będzie konkretne błoto zapewn