RSS
środa, 24 lutego 2016
Jeszcze Ergo nie zginęło, czyli trzecia prawda w mediach biegowych

Czwarta tej zimy impreza biegowa w Falenicy. Docieram do mety „górskiego” biegu po wydmie, trzy kółka i w sumie prawie dziesięć kilometrów, rozciągam się na szkolnym ogrodzeniu, po czym idę do szkoły. W jednej z klas, która pełni dziś funkcje przebieralni, napotykam od dawna nie widzianego Zenka Łapińskiego. Witam się z nim, zdejmując przepoconego, pomarańczowego buffa z logo Ergo i galeryjną koszulkę. Zenek to biegowy dinozaur, jeszcze bardziej dinozaur niż ja. Przed kilkunastoma laty prezes wtedy jednego z większych warszawskich klubów biegacza – KB Reebok. Zagaduje, co porabiam i gdzie teraz pracuję. Odpowiadam, że od sześciu lat cały czas w tym samym miejscu. W Ergo? - pyta. W Ergo - odpowiadam. Zenek jest zdziwiony, przecież Ergo się zwinęło. No co ty opowiadasz, Tatuch? - takiego nicka miał kiedyś na biegowym forum internetowym - Ergo jest, działa, ma się dobrze. A on, że w ostatnim numerze „Biegania”, tego papierowego, tym styczniowo-lutowym, jest tekst Krzyśka i Magdy Dołęgowskich o tym, kto zarabia na bieganiu. A tam jest napisane, że Ergo już nie ma, padło, finito. Coś musiałeś, Zenek, źle przeczytać. No może coś przekręciłem, ale jest tam o historii sklepu i że nie dał rady...

No kurczę, zaintrygował mnie. W robocie biorę do ręki styczniowo-lutowe "Bieganie", znajduję spory artykuł o tym, kto zarabia na bieganiu, autorstwa Dołęgowskich. Znajduję fragment o nas:

„Pamiętacie, kto wygrał pierwszy plebiscyt na sklep biegowy roku przygotowany przez nasz miesięcznik? Centrum Biegowe Ergo. To było zaledwie parę lat temu i wydawało się, że czeka ich świetlana przyszłość. To oni wypromowali tworzenie grup treningowych przy sklepach, jako jedni z pierwszych mieli bieżnię mechaniczną i kamery wideo do analizy kroku biegowego. Po pierwszym sklepie w centrum Warszawy wkrótce otworzył się drugi, sezonowy, a potem całoroczny w ładnej lokalizacji na Mokotowie. Wpadłem tam obejrzeć film z gwiazdą biegów ultra – Kilianem Jornetem. Lokal robił wrażenie swoim wyposażeniem. Zazdrościłem Jankowi Kasei i jego ekipie. W dodatku zaraz obok stały apartamentowce – gniazdo klientów z grubym portfelem. Nowy sklep Ergo nie podziałał nawet roku, a sam „matecznik” Ergo wkrótce zmienił właściciela. Nie pomogła dobra reputacja, nastawienie na wysoką jakość. Do końca 2014 roku było pozamiatane. Dlaczego? Okazuje się że w Warszawie w ciągu 12 miesięcy powierzchnia sklepów specjalistycznych podwoiła się i rozpoczęła się wyniszczająca walka o klienta. Na witrynach zaczęły pojawiać się informacje o wielkich przecenach. -30%. Czasem i więcej. Dla klienta to świetna wiadomość, ale wielu sklepom zaczęło po prostu brakować na czynsz i pensje pracowników. Nie mówiąc już o płaceniu za towar. 
Nie dalej niż wczoraj dostałem e-maila (cytuję bez korekty): „Nie jest dobrze, nie mam kasy, sorry ale nie mogę Ci w tym tygodniu zapłacić, na wynagrodzenia dla ludzi zabrakło, podpis”. Autorem jest współwłaściciel kilku sklepów. Znanych i ładnie urządzonych. Ktoś, kto wchodzi po buty czy zegarek, będzie zachwycony dużym wyborem. Do tego znajdzie wiele niszowych marek – do niedawna dostępnych tylko na Zachodzie.
To jest tak, że na pierwszy rzut oka wszystko gra. Ale jeśli patrzysz na co dzień na listę przelewów – widzisz jak świat sklepów drży w posadach. Właścicielka specjalistycznego sklepu z południa Polski płaci fakturę w ratach po dwieście, trzysta złotych. Stara się, ale nie poradzi – taką ma płynność finansową. Wygląda na to, że nawet otwierając interes, nie miała rezerwy na czas, zanim wszystko zacznie się bujać samo. A bujać samo się nie chce. Korekta, którą widzieliśmy w stolicy (zniknął Fast-Foot, Biegofan, Ergo), teraz szykuje się w Poznaniu i Krakowie, gdzie widzimy coraz to nowe witryny i robi się ciasno. Młodzi pasjonaci popełniają masę błędów. Wiem, bo popełniam je nadal, ale nasza działalność ma już pewien impet i trudniej jest jednym głupstwem zniweczyć wieloletni wysiłek. Nauczyłem się przede wszystkim, by nie budować wielkich kosztów, jeśli nie jestem w stanie ich ponosić przez długi czas. Bolała mnie tandetna krata i stare biurko służące do obsługi klientów, ale z perspektywy czasu wiem, że uratowały mi tyłek. Że śmieszne, tandetne rozwiązania techniczne – półki z najtańszej płyty OSB – miały swoje uzasadnienie. Zazdrościłem sklepowi Planet Running gustownych szafek i oświetlenia, ale teraz już tego sklepu nie ma. Mój jest.” Koniec cytatu.

Hmmm... Nasz też jest...

Mądry ksiądz Józef Tischner napisał: „Są trzy prawdy: świento prawda, tys prawda i gówno prawda”. Świento prawda to fakty, tys prawda to interpretacje, a gówno prawda to zwyczajne kłamstwo. Wszystkie te trzy prawdy mamy w powyższym kshyśkowym tekście. Bardzo dobra analiza tego, co się dzieje na polskim rynku specjalistycznych sklepów dla biegaczy. Co prawda plebiscyt, o którym była mowa na początku cytatu, to nie był żaden plebiscyt tylko ocena redakcji, choć sensownie uzasadniona, ale nikt tam nikogo masowo nie ankietował. Robione to było sposobem na „tajemniczego klienta”, a sposób ten jest... dyskusyjny, oględnie mówiąc. To co Kshysiek pisze o nas za czasów Kasejów też w sumie zgodne z prawdą. Poza tym to, co się teraz dzieje w branży rzeczywiście z grubsza tak wygląda i druga, interpretacyjna prawda też trzyma się kupy. Ale jest i trochę trzeciej prawdy. A mianowicie to, że Ergo zniknęło.

Wiosną 2015 roku, po pięciu latach prowadzenia Ergo przez rodzinę Kasejów, zapadła decyzja o sprzedaży sklepu firmie Szopex, w skład której wchodzi sieć specjalistycznych sklepów dla biegaczy Sklepbiegowy.com. To spora sieć, bo poza warszawskim sklepem, noszącym teraz nazwę Sklep Biegowy Ergo (cały czas jednak Ergo), są jeszcze sklepy dla biegaczy w Olsztynie, Gdańsku, Toruniu, Bielsko-Białej i Krakowie. Janek Kaseja, który ten biznes stworzył, stupięćdziesięcioprocentowo się w niego zaangażował i ewidentnie wprowadził nowe wartości w polski handel biegowy, stał się teraz kierownikiem, podległym olsztyńskiej centrali. Okazało się jednak, że oferta pracy w korporacji, na którą się zdecydował, nie da się pogodzić z dalszym prowadzeniem Ergo i Janek zniknął nam z oczu. Ale praktycznie cała załoga sklepu została, interes funkcjonował i funkcjonuje dalej bez większych zmian, a zarządza nim superkompetentnie i też ze stupięćdziesięcioprocentowym zaangażowniem Tomek Kosatko, który wcześniej zarządzał internetową częścią Ergo. Nieprawdą, żeby nie powiedzieć dosadniej, jest stwierdzenie że Ergo zniknęło.

Krzysiek doskonale wie, jak sytuacja wygląda, bo ciągle z nami współpracuje, i zdziwiło mnie strasznie, że taką głupotę napisał. W końcu jest redaktorem naczelnym biegowego miesięcznika, więc raczej wie co pisze. Ki czort? Dochodzę do wniosku, że takie rzeczy nie dzieją się przypadkowo. Nie istnieją media obiektywne i niezależne, są tylko częścią marketingowej, reklamowej maszynki. Dotyczy to w takim samym stopniu mediów ogólnych, jak i specjalistycznych. A do wniosku takiego skłaniają mnie też dwa wcześniejsze doświadczenia z redaktorami naczelnymi innych biegowych mediów, tym razem portali internetowych.

Kilka miesięcy temu Adam Klein, redaktor naczelny Bieganie.pl napisał kilka artykułów, w których kwestionował prawidłowość stosowanych przez sklepy specjalistyczne, także w Ergo, sposobów doboru butów do biegania. Mowa tu była m.in. o naszej procedurze, w której jednym z etapów, wcale nie najważniejszym, jest filmowanie kroku biegowego w trakcie biegu na bieżni mechanicznej. W krytyce tej trudno mi było doszukać się merytorycznych zarzutów, raczej było to negowanie kwalifikacji ludzi tym się zajmujących, czyli m.in. mnie. Było powoływanie się na zagraniczne publikacje, dość luźno związane z tezami głoszonymi przez Adama, ale nic konstruktywnego z tego nie wynikało. Nie było propozycji, co zamiast. W dyskusji, która się potem wywiązała, Adam zagrał dość paskudnie. Umieścił na forum dyskusyjnym ilustrację, przedstawiającą okładkę do książki „Nowe szaty cesarza” Jana Christiana Andersena, a nas porównał do oszustów, wmawiających gołemu monarsze, że jest bardzo elegancko ubrany. Tym niewybrednym zagraniem Adam definitywnie przekreślił kilkanaście lat biegowych przedsięwzięć, jakie wspólnie podejmowaliśmy, ja i on, od czasów naszego poznania na SBBP. Myślałem, że się przyjaźnimy, ale raczej był to układ handlowy. Nowi właściciele Ergo nie byli zainteresowani kontynuowaniem współpracy reklamowej z Bieganie.pl, a kto nie z nami, ten przeciwko i na kontrę Adama długo czekać nie trzeba było. I tu rzeczywiście mamy raczej finito.

Jeszcze jedna sytuacja z biegowym redaktorem naczelnym, tym razem sprzed dziesięciu mniej więcej lat. Wtedy dość mocno angażowałem się w portalu Maratonypolskie.pl, prowadzonym zresztą do dziś przez Michała Walczewskiego. Miałem uprawnienia redakcyjne, mogłem samodzielnie wrzucać newsy i artykuły na stronę internetową. Kiedyś wrzuciłem krótkiego newsa w przeddzień maratonu warszawskiego, zdaje się, że ostrzeżenie, żeby uważać na zmianę czasu w noc poprzedzającą maraton. News zniknął zaraz po publikacji, Michał go całościowo ocenzurował. Okazało się, że organizator maratonu nie zdecydował się na reklamę imprezy w Maratonach Polskich, więc na temat imprezy w medium o, kurcze blade, takim a nie innym tytule, nie było ani słowa. Biznes is biznes. Michał przynajmniej nie ściemniał, że chodzi o coś innego. Ale to był początek końca mojej działalności w tym medium. Moje przekonanie o niezależnym merytorycznie od reklamodawców biegowym medium internetowym się posypało i... finito. Rozstałem się wkrótce z Maratonami Polskimi.

Kurde, wygląda na to, że popisać to sobie już mogę o takich rzeczach tylko na swoim blogu, którym pies z kulawą nogą się nie interesuje. Ale trochę wkurw mnie złapał, że żywcem w mogile zakopuje się przekazem medialnym, nie wprost tylko niby przejęzyczeniem, skrótem myślowym to, w czym uczestniczę, co współtworzę i co w moim przekonaniu konstruktywnie rozwijam od lat. I że robi to już trzeci redaktor naczelny. Prawdę powiedziawszy to jeszcze ze dwóch naczelnych w mojej zawodowej historii można pod takie rozważania podciągnąć, ale już z niebiegowych mediów. A prawda tych redaktorów też nie jest jedna, tylko trzy, a tej trzeciej całkiem sporo. I pozamiatane to może być nie tylko u mnie, ale u nich też.

 

 

 

 

 

 

00:43, jangzdacz
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 23 listopada 2015
Basia Szlachetka

W 2000 r. pojechaliśmy sporą grupą warszawskich biegaczy, zorganizowanych przez Janusza Kalinowskiego, na maraton w Berlinie. W tamtych czasach impreza ta szokowała ogromem, doskonałą organizacją i wspaniałym, wielotysięcznym dopingiem. Na starcie miałem ze sobą polską flagę. W tłumie było wtedy pewnie około setki biegaczy z Polski, a flaga przyciągała ich jak magnes. Zanim ruszyliśmy, podeszła do mnie, a raczej do biało-czerwonej chorągwi niesamowicie zgrabna, piękna i niezbyt wysoka blondynka. Przedstawiła się: Basia. Miała na sobie top, może jeszcze jakiś daszek lub czapkę, ale nie zapamiętałem. Zapamiętałem czerwone krótkie spodenki, właściwie majtki od kostiumu kąpielowego, na bardzo zgrabnej pupie, a z tyłu był biały napis: Polska. W całym tym tłumie nie było męskiego wzroku, który by tego widoku nie wyłowił. Trudno było tego dnia o lepszą promocję naszego kraju, moja chorągiew się już nie liczyła, choć właśnie dzięki niej poznałem Basię Szlachetkę. To było na krótko przed startem, potem Basia zniknęła mi z oczu.

14 lutego 2004 r. swój dwusetny maraton w Poznaniu biegł Jurek Bednarz. Zapamiętałem tę datę, bo dzień wcześniej miałem 35 urodziny, które spędziłem częściowo w drodze pociągiem do Poznania. Miałem ze sobą trochę piwa, chciałem nieco zabalować z maratończykami wieczorem w internacie, w którym nocowaliśmy przed maratonem. Ale jakoś nie było chętnych na piwo, poza Otto Seitlem z Ostrawy i jego żoną. Znaliśmy się z wcześniejszych maratońskich spotkań, a Czesi piwa nie odmawiali. Następnego dnia kilkudziesięciu gości Jurka miało pobiec grupą przez leśne, północno-zachodnie okolice Poznania, m.in. brzegiem jeziora Rusałka. Czekaliśmy jeszcze na jednego uczestnika, bardzo ważnego gościa, start się opóźniał. I wreszcie zajeżdża samochód i wysiada z niego fetowana niczym angielska królowa Basia. Dołącza do nas, towarzyszy jej niemiecki maratończyk i pies. Ruszamy na jubileuszowy dwusetny maraton Jurka. Zjechali wtedy kolekcjonerzy maratonów, najwięcej na liczniku mieli ich Tadek Dziekoński (atestator tras maratońskich z ramienia PZLA) i Jurek Bednarz. Otto Seitl z Ostrawy miał ich dużo więcej niż jakikolwiek Polak, podobnie jak poznany przeze mnie na maratonie białostockim Gunars Akerbergs z Rygi. Ale wśród polskich maratończyków najwięcej przebiegniętych maratonów miała wtedy właśnie Basia Szlachetka, było ich wtedy coś koło trzystu. Była też rekordzistką świata w biegu 48-godzinnym na hali (284 km, 2000) i rekordzistką Europy też na 48 godzin poza halą (348 km, 2003). Cały ten maratoński światek starych wyjadaczy ją po prostu wielbił, bo poza osiągnięciami biegowymi była bardzo atrakcyjna, sympatyczna, bardzo piękna.

Mieszkająca w podwrocławskiej miejscowości Jelcz-Laskowice Basia zarabiała na życie sprzątając domy w Niemczech. Jeden z jej klientów był maratończykiem i lekarzem, zaczęła z nim biegać w wieku 41 lat, wciągnęło ją to z kopytami. W wynikach w ultramaratonach i liczbie przebiegniętych maratonów kasowała najbardziej zapamiętałych facetów.

I niedługo po poznańskim jubileuszu Jurka gruchnęło w tym światku, że na którymś z niemieckich maratonów Basia niespodziewania zasłabła. Na badaniu okazało się, że ma bardzo zaawansowany nowotwór, który towarzyszył jej skrycie z pewnością dłużej niż bieganie maratonów. Ale Basia nie poddawała się, mimo choroby biegała dalej. Czytała wspomnienia Lance Armstronga, który walkę z rakiem wygrał, szła jego śladem. Leczenie okazało się kosztowne, w całym kraju organizowane były zbiórki pieniędzy. Sam jedną taką małą zbiórkę z kolegami z Galerii zorganizowałem na półmaratonie "Cud nad Wisłą" Ossów-Radzymin. W Warszawie Basia i jej liczni przyjaciele zrobili duży biegowy happening pod hasłem "Nie dam się, zabiegam raka". Wziąłem w nim udział, Basia tryskała optymizmem, nie przyjmowała do wiadomości, że tę walkę można przegrać. Ale tak naprawdę to było pożegnanie.

24 listopada mija dziesięć lat od śmierci Basi. Zmarła w Hamburgu, ale pogrzeb był w Jelczu-Laskowicach. Pojechałem na niego, dzięki uprzejmości Joycat i jej męża, zabrali mnie swoim autem. Był mroźny, lodowaty dzień, a w pogrzebie wzięło udział wielu biegaczy z Polski, Niemiec i pewnie innych krajów też. Basia była na tyle znana, że mszę w bardzo zimnym kościele prowadził tamtejszy biskup, o ile dobrze pamiętam, a uroczystość była prowadzona w językach polskim i niemieckim. W Jelczu-Laskowicach organizowane były, a może jeszcze są, memoriałowe maratony, upamiętniające Basię. Na dniach ma być ukończony i pokazany o niej film. Była wyjątkowym zjawiskiem, wielu tak jak ja znało ją niezbyt dobrze, ale zapamiętało na zawsze.

 

22:45, jangzdacz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 października 2015
Buty na Łemkowynę

Miałem duży zgryz, jakie buty zabrać na Łemkowynę, bo w sobotę startuję w ŁUT 70. W Beskidzie Niskim pada, z przerwami ale jednak, będzie konkretne błoto zapewne. Dwa miesiące temu brałem udział w I Magurskim Ultramaratonie, całkiem po sąsiedzku, w Krempnej, ale to był koniec sierpnia, suchutko, miło, nie za ciepło, widokowo, pięknie, łemkowsko. Wtedy wystarczyły mi wypolerowane już nieco od spodu, a i od nowości nie za bardzo zębate Adidas Supernova Riot. Ale na październikowe, niskobeskidzkie błoto te buciki są jednak zbyt gładkie. 

Rozważałem zakup nowych, też jakoś obiecująco wyglądały mi Adidasy. W wyposażonym w amortyzację boost Response TR nie było w ERGO mojego rozmiaru. Podchodziła mi wizualnie i cenowo też Kanadia, ale po założeniu miałem poczucie sztywności i chodzenia na obcasach. Nie. Zrobiłem więc przegląd szafy z zabytkami i wyszperałem w niej zużyte już mocno, z przynajmniej tysiąckilometrowym przebiegiem, ze sklepaną już całkiem piankową amortyzacją... Saucony Peregrine 3. Jak zwykle w zajechanych moich butkach w lewym podrywający się paznokieć wyrył w cholewce dziurę, już raz zaszytą. Zaszyłem ponownie niebieską nitką i prawie nie widać. Zrobiłem trening w deszczu po lesie w sobotę, fajnie leżą, wygodne, nie za małe. Ale okazało się, że w połowie długości butów po zewnętrznej stronie na styku cholewki i podeszwy w obu butach rozłazi się to cudeńko. Niebieska nitka poszła w ruch jeszcze raz, cholewkę przyszyłem do podeszwy, trzyma jak złoto, dziś sprawdzałem. Mam nadzieję, że dadzą radę z Chyrowej do Komańczy. Czyli Peregrine reatywacja! Wybrałem je głównie dlatego, że miały najgłębszy bieżnik, a i wygodne bardzo. Trochę się boję, żę poczuję po kilku godzinach biegu achillesy, bo drop tylko 4 mm. Ale powinno być dobrze.

Łemkowskie klimaty lubię, pewnie wydrę się po drodze raz czy dwa po ichniemu, może w tłumie przed startem. Bo znam parę łemkowskich kawałków, może ktoś zawtóruje. Bo jak nie my to kto? Łemkowie odeszli już siedem dekad temu, ale w Komańczy ma coś grać w tych klimatach. O ile będę jeszcze cokolwiek kontaktował. I o ile dotrę. Ale już się cieszę na ten wyjazd, impreza podobno zorganizowana znakomicie i z klimatem. Sercu bliski Beskid Niski.

22:14, jangzdacz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 września 2015
Sowiński

W trakcie imprez Szybko po Woli prawie zawsze mówię kilka słów przez mikrofon o miejscu, w którym bieg się odbywa, czyli o Parku Szymańskiego i jego patronie. Obiecuję sobie, że następnym razem opowiem coś o sąsiednim parku i jego znacznie ciekawszym patronie, zwłaszcza że legenda o nim jest chwalebna i patriotyczna, a fakty jednak trochę inne, dużo bardziej złożone i z pewnością dla większości z Was zaskakujące. Ale czasu mało, jest dużo innych spraw, i zawsze to umyka. No to napiszę, tym bardziej że właśnie rocznica.

Szóstego września mijają 184 lata od śmierci generała Józefa Sowińskiego. Wydarzeniu temu poświęcił wiersz Juliusz Słowacki, a obraz Wojciech Kossak. Czczą generała na Woli bardzo, jego imienia jest ulica niedaleko mojego domu, liceum ogólnokształcące które ukończyłem oraz park, do którego niemal codziennie chodzę na spacery z Białą. W parku jest okazały amfiteatr pod namiotem, z którego chcieliśmy zrobić bazę do Szybko po Woli (w końcu jednak nie zrobiliśmy) oraz okazały i oświetlony nocą pomnik jednonogiego generała.

Sowiński to bohater powstania listopadowego i obrony Warszawy w 1831 r., w trakcie której zginął. O ile o dowódcach powstańców listopadowych i ich wojskowych talentach mówi się nie najlepiej, to o Sowińskim nikt złego słowa nie powie. Ale tak naprawdę, podobnie jak w przypadku wielu innych wyższych polskich oficerów w tamtym czasie, opowiedzenie się po stronie powstania wcale nie było takie oczywiste.

Królestwo Polskie, istniejące po Kongresie Wiedeńskim w ramach imperium rosyjskiego, pomiędzy epoką napoleońską a powstaniem listopadowym, w porównaniu z czasami późniejszymi, miało sporą autonomię. Mieliśmy własny sejm, konstytucję, wojsko, walutę, język urzędowy, szkolnictwo (także uniwersyteckie). Car Rosji nosił jednocześnie tytuł króla Polski. Armia przysięgając wierność królowi polskiemu, robiła to zarazem wobec rosyjskiego cara. Powstanie narodowe, oczywiste dziś dla każdego patrioty, stawiało żołnierzy, a zwłaszcza dowódców, przed poważnym dylematem, przypominającym dramat pułkownika Kuklińskiego.

Powstanie wybuchło z inicjatywy bardzo młodych podchorążych, doprowadzonych do ostateczności perwersyjnymi musztrami księcia Konstantego, oraz niewojskowych spiskowców ze środowiska inteligenckiego. Przyłączył się do niego licznie lud Warszawy, głównie biedota. Powstańcy w pierwszych godzinach rewolty namawiali polskich generałów do objęcia dowodzenia, ale ci odmawiali. I ginęli z rąk powstańców. W ten sposób zginęło sześciu generałów i jeden pułkownik, o naprawdę patriotycznej przeszłości z czasów legionowych i napoleońskich, a teraz w carskiej służbie. Może właśnie z tej przeszłości i doświadczenia wynikała ich decyzja - na własne oczy widzieli, jak niezmierzona potęga Napoleona rozbiła się proch w konfrontacji z rosyjskim imperium i nie widzieli szans na zwycięskie powstanie.

Szczególnie dramatyczna była śmierć generała artylerii Maurycego Hauke, niegdyś bohatera Legionów Polskich w Włoszech i kampanii napoleońskiej, w której długo i skutecznie dowodził obroną twierdzy Zamość. W momencie powstańczego zrywu jechał konno Krakowskim Przedmieściem obok karety, w której jechała jego żona i kilkoro młodszych dzieci (generał miał ich w sumie około dziesiątki). Przed Pałacem Namiestnikowskim, tuż koło prawego lwa, zatrzymali go podchorążowie z okrzykiem „Generale, prowadź nas!”. Odpowiedzią była przemowa, w której generał nazwał powstanie głupotą i wezwał do powrotu do koszar. Reakcją podchorążych była salwa, Hauke padł nieżywy, a w jego ciele naliczono potem kilkanaście ran postrzałowych. Wszystko na oczach dzieci i żony, która przeżyła męża ledwie o rok.

Mało brakowało, a podobny los spotkałby także Sowińskiego. Urodzony w 1777 r., czyli wówczas niemal sześćdziesięcioletni wojskowy, był jeszcze jako nastolatek uczestnikiem powstania kościuszkowskiego. W wyprawie Napoleona na Moskwę w 1812 r., w wielkiej bitwie pod Borodino, dzielnie dowodząc podległymi mu żołnierzami został ranny w nogę, którą mu potem amputowano. Odznaczony Virtuti Militari, francuską Legią Honorową, a także orderami rosyjskimi za późniejszą służbę carowi, weteran-inwalida został komendantem szkoły wojskowej.

Także sprzeciwił się powstaniu w jego pierwszych dniach, usiłując powstrzymać swoich wychowanków. Od śmierci uchronił go zapewne sędziwy wiek i drewniana proteza, świadectwo bohaterskiej przeszłości. Później dołączył do powstańców, ale nie był angażowany do służby liniowej, mimo niewątpliwego autorytetu i doświadczenia. Powstańcy odparli atakujących Warszawę od wschodu Rosjan pod Olszynką Grochowską, co na kilka miesięcy odsunęło atak wojsk carskich na polską stolicę.

Po raz drugi jednak wróg zaatakował z przeciwnej strony, od zachodu. Dowodzenie obroną redut na Woli powierzono wówczas Józefowi Sowińskiemu, awansując go do stopnia generała brygady. Właśnie szóstego września 1831 r. uderzyli Moskale na Wolę, mając wielokrotną przewagę nad obrońcami w ludziach i działach. Obrona Woli trwała kilka godzin, lecz przewaga wroga była zbyt duża. Sowiński zginął, lecz okoliczności jego śmierci nie zostały wyjaśnione. Nie ma też pewności co do miejsca, w którym poległ, choć na wałach przy kościele św. Wawrzyńca, nieopodal ulicy Redutowej, stoi krzyż, który fakt ten upamiętnia. Nie znaleziono jego ciała, tylko rosyjski żołnierz odniósł po walce wdowie generalską laskę.

Według wiersza Słowackiego Sowiński zginął od bagnetów rosyjskich w kościele przy ołtarzu, opuszczony przez uciekających adiutantów, odmawiając złożenia broni. Według obrazu Kossaka poległ przy armacie na wolskich szańcach nieopodal wspomnianego kościoła. Jedna z prawdopodobnych wersji mówi, że w beznadziejnej sytuacji Sowiński zdecydował się na kapitulację reduty i przerwano ogień. W trakcie rozmów Sowińskiego z Rosjanami od strony kościoła, zajmowanego przez Polaków, padła salwa. Rosjanie uznali to za podstęp i wymordowali bagnetami kapitulujących z generałem. Wspomina się też w kolejnej wersji o strzale w generalskie plecy z polskiej strony, by nie dopuścić do poddania się.

Mimo niewyjaśnionych okoliczności śmierci obrońca Woli został okrzyknięty bohaterem i przeszedł do legendy. W założonym w latach 30. XX w. z inicjatywy prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego pierwszym wolskim parku odsłonięto w 1937 r. okazały pomnik generała, a park został nazwany jego imieniem. Spiżowa postać bohatera w 1944 r. była świadkiem straszliwej rzezi mieszkańców Woli. Stąd Niemcy z użyciem ogromnego moździerza Karl (kaliber 600 mm) ostrzeliwali centrum miasta w czasie jeszcze bardziej tragicznego niż listopadowe powstania.

Wróćmy do czasu zaborów. Sześciu generałów i pułkownik, którzy zginęli z rąk powstańców w noc listopadową, zostali upamiętnieni w 1841 r. przez carat okazałym obeliskiem, który stał na Placu Saskim. W 1894 r., w związku z budową wielkiego soboru prawosławnego, został przeniesiony w mniej eksponowane miejsce na Plac Zielony (dziś Plac Dąbrowskiego). Nazywany „pomnikiem hańby”, był notorycznie dewastowany, pisano o nim: „osiem lwów, czterech ptaków pilnuje siedmiu łajdaków”. Za przyzwoleniem niemieckich władz okupacyjnych pomnik rozebrano w 1917 r.

Mógł i Sowiński zostać okrzyknięty łajdakiem, mógł i Hauke być zapamiętany jako bohater, gdyby spotkanie przy Pałacu Namiestnikowskim potoczyło się inaczej...

 

22:24, jangzdacz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 sierpnia 2015
Ukraińcy w powstaniu warszawskim

Kolejny raz obchodzimy rocznicę powstania warszawskiego. Trudno nie wziąć udziału, choćby minutą ciszy w godzinie W, zagryzając zęby w obliczu profanowania jej tu i ówdzie kibolskimi racami. Jest czas na zastanowienie się nad powstaniem, rozmowy z ludźmi wiedzącymi o nim więcej, poznanie powstańczej historii miejsc które mijam codziennie. Rozmawiając i słuchając ludzi wiedzących więcej słyszę często w kontekście tamtych wydarzeń słowo "Ukraińcy". Tym słowem określa się powszechnie członków formacji hitlerowskich innej narodowości niż niemiecka, pochodzących ze Wschodu, nie wnikając kim byli i jakiej rzeczywiście byli nacji, za to eksponując ich bestialstwo i okrucieństwo.

Słowo to w takim kontekście pojawiło się m.in. w czasie prelekcji poświęconej zagładzie mieszkańców Kolonii Wawelberga na warszawskiej Woli, w której jako słuchacz uczestniczyłem i wielu nowych dla mnie rzeczy się dowiedziałem. To było naprawdę bardzo pouczające, wolskie przedsięwzięcie Wawelbergów to coś wyjątkowego i bez precedensu, warte poznania. W czasie tego spotkania po raz pierwszy usłyszałem o niemieckim pociągu pancernym, który z torów przy obecnej Alei Prymasa Tysiąclecia zniszczył powstańczą barykadę przy rogu Płockiej i Górczewskiej. Ale nadużywaniu w opowieściach o powstaniu słowa "Ukraińcy" warto się postawić i temat zgłębić.

Ukraińcy, choć w dużej liczbie walczący po stronie Hitlera w czasie II wojny światowej i odpowiedzialni za rzeź Polaków na Wołyniu, akurat w powstaniu warszawskim byli nacją reprezentowaną skromnie. Za to powszechnie przypisywano im zbrodnie, którymi obarczyć należałoby zupełnie kogo innego. Warto poszperać i dowiedzieć się, kto poza Niemcami i Polakami uczestniczył w powstaniu, gdzie, w jakim charakterze i w jakiej liczbie.

Rzeczywiście była niewielka czysto ukraińska jednostka, zaangażowana po stronie niemieckiej w powstańcze walki, choć nie bezpośrednio z powstańcami. Był to Ukraiński Legion Samoobrony, dowodzony przez Petro Diaczenkę, w jego składzie było 219 ludzi (dwie kompanie). ULS w dniach 15-23 września 1944 r. walczył z desantem berlingowców na wiślanym, czerniakowskim brzegu, a potem został przeniesiony poza Warszawę na skraj Puszczy Kampinoskiej, gdzie Ukraińcy już jako inna jednostka walczyli z AK. 

Żołnierze pochodzący z terytorium Ukrainy wchodzili też w skład innych jednostek niemieckich i kolaboranckich tłumiących powstanie w liczbie trudnej do określenia (nie prowadzono dokładnej ewidencji, wielu nie posiadało wręcz określonej tożsamości narodowej), ale w nich odsetek Ukraińców także był znikomy. 

Wielokrotnie liczniejszą od ULS jednostką był włączony do sił antypowstańczych pułk szturmowy RONA (Ruskaja Oswoboditienaja Narodnaja Armija), składający się z około 1700 nieżonatych mężczyzn. RONA rekrutowała się głównie z jeńców radzieckich, którzy przeszli na niemiecką stronę, narodowości przede wszystkim rosyjskiej i białoruskiej. Pułkiem, wyposażonym także w artylerię, dowodził Iwan Frołow. Jednostka ta wchodziła w skład grupy Reinefartha i zasłynęła bestialstwem w mordowaniu ludności cywilnej na Ochocie w sierpniu 1944 r. Warszawiacy, słysząc wschodnią mowę oprawców i mając w pamięci nie tak dawne mordy na Wołyniu, łatwo uznawali ich za Ukraińców, ale byli to głównie Rosjanie i Białorusini.

Znacznie liczniejsze od ukraińskich były też jednostki muzułmańskie, rekrutowane z jeńców radzieckich. Byli to Azerowie, Turkmeni, Kirgizi, Uzbecy i Tadżycy. Wchodziły one głównie w skład grupy Dirlewangera i także zasłynęły z okrucieństwa wobec ludności cywilnej Warszawy. Kolaborantów z Azji i Kaukazu było w hitlerowskich oddziałach ponad tysiąc.

No i Kozacy. Kozacy kojarzą się z Ukraińcami, ze względu na genezę terytorialną i charakterystyczne elementy munduru. Wśród jednostek tłumiących powstanie warszawskie byli i Kozacy, ale dońscy, kubańscy i syberyjscy - nie identyfikujący się z Ukrainą. Brali udział m.in. w likwidacji powstania na Woli, a liczebność ich także była spora - przekraczała dwa tysiące ludzi.

Po stronie niemieckiej w powstaniu zaangażowano też jednostki węgierskie, ale świadomie nie podejmowały one walki z Polakami. W powstaniu warszawskim nie uczestniczyły żadne jednostki największej ukraińskiej formacji walczącej po stronie Hitlera, jaką była dywizja SS-Galizien (Hałyczyna).

Nie zapominajmy, że w szeregach SS była też pewna liczba przedstawicieli krajów zachodnioeuropejskich i nadbałtyckich.

Stereotypom narodowościowym i oczywistym wśród mieszkańców wojennej Warszawy kłopotom z odróżnieniem nacji wschodu zawdzięczamy przekonanie o licznym i brutalnym udziale Ukraińców w powstaniu warszawskim po stronie Niemców. W wielu prawicowych mediach ten fałszywy obraz do dziś pokutuje. Dlatego trzeba czasem mu zaprzeczyć i wniknąć w sprawę trochę głębiej.

 

 

 

 

15:57, jangzdacz
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 lipca 2015
PeKiN

Dziś (a właściwie wczoraj, bo już pierwsza) warszawski Pałac Kultury i Nauki obchodzi sześćdziesiąte urodziny. Uczciłem je biegając w bardzo intensywnym pocie czoła (i nie tylko) po jego schodach. Różni niszczyciele mieli i mają ochotę go burzyć, ale jest, stoi i ma się nieźle. Choć panorama z góry na zachodnią, moją stronę już nie taka jak kiedyś, za sprawą równie wysokiego towarzystwa wieżowców z tamtej strony.

Pałac oddany został do użytku 22 lipca 1955 r. Czas to był mroczny, ale był i stanowi cześć historii i kraju, i rodziny. Budowniczowie pałacu, którzy przyjechali z ZSRR, mieszkali przez kilka lat w warownym osiedlu na Jelonkach, otoczonym pustkowiem oraz betonowym parkanem. Osiedle składało się z kilkudziesięciu drewnianych domków jednorodzinnych (mieszkała w nich kadra inżynierska) i tyluż drewnianych baraków (zamieszkiwanych przez robotników budowlanych). Miało własną kotłownię, stołówkę, kino, łaźnię, stadion, ośrodek zdrowia i spory budynek z halą widowiskową, później znany jako studencki klub "Karuzela". Sześćdziesiąt lat temu budowę pałacu ukończono, radzieccy budowniczowie wrócili do siebie. Osiedle, nazwane "Przyjaźń", pozostało. W domkach jednorodzinnych zamieszkali pracownicy naukowi warszawskich uczelni z rodzinami, a baraki stały się akademikami. Jednym z profesorów, którzy osiedlili się na skraju osiedla, w domku nr 180, był mój dziadek Jan Tokarski, a towarzyszyła mu moja babcia Zofia z piątką dzieci. Najmłodsza była Maria, liczyła wtedy 7 lat -moja mama. Do 13. roku mieszkałem w domku nr 180, a potem 173. Osiedle "Przyjaźń" to moje dzieciństwo i młodość, a nie żaden symbol komuny, podobnie zresztą jak PeKiN.

Sam PKiN też był (i jest) miejscem szczególnym. Dominował nad miastem, kilkakrotne wyprawy z ojcem, jak mieliśmy z bratem niespełna 10 lat, na taras widokowy robiły wrażenie. Winda obsługiwana przez panią windziarkę, z jedynką zamiast litery P (radzieckim zwyczajem), o niesamowitej szybkości. Pałac widać było z okien domku nr 180, kształt miał oku miły i proporcjonalny, zawsze dla mnie był to najbardziej wyrazisty symbol Warszawy, chyba mocniejszy niż Syrenka czy Kolumna Zygmunta. W połowie lat 80. XX w. przez kilka lat miałem zajęcia w Pałacu Młodzieży, stanowiącym część PeKiNu. Słynny był wówczas dziecięcy zespół harcerski, pieśniano-taneczny, o nazwie "Gawęda". Miał grupy oznaczone literami od A do K, przy czym początkujący adepci należeli do K, a na występy sceniczne trafiali ci z grup od A do D. Ja jako nastolatek awansowałem powoli, bo jednak taneczny jestem bardzo umiarkowanie, i dotarłem tylko do grupy G. Potem jako szesnastolatek robiłem kurs prawa jazdy i odpuściłem sobie "Gawędę". Mniej więcej w czasach "Gawędy" dwukrotnie byłem w Moskwie i miałem możliwość zobaczenia tam kilku odpowiedników naszego pałacu. Były nawet większe, ale nasz miał najbardziej szlachetny, proporcjonalny kształt. Nasz był nasz, a te były ich, dla mnie było to oczywiste.

Kolejna kilkuletnia znajomość z pałacem to był intensywny kurs niemieckiego mniej więcej w czasie studiów, który organizowało TWP. Dziewięć godzin tygodniowo, na bodajże 9 piętrze pałacu, bardzo nowocześnie i multimedialnie, fajnie i miło. Niestety potem praktycznie języka tego wcale nie używałem i po prostu z czasem wywietrzał mi z głowy.

Kiedy pracowałem w PPWK (to był już XXI wiek) to toczyłem dyskusję z dwoma moimi kolegami, których zresztą bardzo lubiłem. Obaj nie pochodzili z Warszawy i mieli do niej stosunek... z dystansem, obaj też byli demokracji ludowej bardzo niechętni. Uważali, że PeKiN jako symbol dominacji ZSRR nad Polską powinien zostać zburzony. Dla mnie takie pomysły to był po prostu wandalizm, bo budynek bez względu na swoją genezę, nie jest niczemu winien. Stanowi świadectwo tamtych czasów, taki sam jak gotyckie katedry, romańskie zamki czy barokowe pałace. Pamiętam, że z wielkim zdziwieniem dowiedziałem się kiedyś, a nawet naocznie przekonałem, oglądając przykrytą neonem o innej treści elewację pałacu, że był on imienia Józefa Stalina. Był, ale przestał być, stanowi siedzibę mnóstwa instytucji, ewidentną wartość. Ja go po prostu lubię.

Dziś (czyli wczoraj), 22 lipca (data rodzinnie dla nas ważna, bo są to też 16 urodziny mojej córki Zośki) ludzi w pałacu było mnóstwo, były różne urodzinowe eventy. Jako jeden z kilkudziesięciu uczestników wziąłem udział w cotygodniowym treningu "Biegamy po schodach", organizowanym przez Fundację Wsparcia Ratownictwa RK w warszawskich wieżowcach: PKiN-ie, Mariotcie i Intercontinentalu. Gorąco było strasznie, bawełniana koszulka po moim 9-krotnym pokonaniu 30 pięter w drodze na poziom tarasu widokowego ważyła z kilogram więcej (od potu). Siedem razy zjechałem na dół windą, dwa razy zbiegłem po schodach. Spotkałem kilkoro znajomych, m.in. dawno nie widzianą Magdę Bartosiewicz. Jak opuszczałem pałac, by rowerem wrócić do domu, to przed wejściem kłębił się tłum fetujący urodziny. Było też kilku malkontentów z wielkim transparentem: "Polacy naród podbity" oraz mniejszym: "Tylko bolszewik czci Stalina chlewik". No, jak muszą, to niech się oflagują i otransparentują, ale proporcja ludzi pałacowi życzliwych do nieżyczliwych tych ostatnich zwyczajnie marginalizuje. I bardzo dobrze. Na uczestnictwo w imprezie byłem już tego wieczora zbyt padnięty, więc rowerkiem pomknąłem czym prędzej do domu po ciemku.

A teraz, późną nocą, świętuję rocznicę kilkoma łykami "Tatry", pisząc na blogu ten tekst. Tatra dobrze wchodzi, bo upociłem się dziś okrutnie. Twoje zdrowie, Pekin!

 

 

 

01:18, jangzdacz
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 lipca 2015
Dziadowanie i zniewieściałość

Co to jest dziadowanie? Dziadowanie jest wtedy, gdy ktoś przynosi do reklamacji buty do biegania eksploatowane intensywnie przez półtora roku, o przebiegu dobrze ponad tysiąca kilometrów, a reklamowaną wadą jest początek przecierania się siateczki w cholewce nad paznokciem dużego palucha w jednym z butów. To jest właśnie dziadowanie.

Co to jest zniewieściałość? Zniewieściałość jest wtedy, gdy dorosły mężczyzna kupuje dla siebie buty do biegania i robi problem z ich koloru (oczywiście z wyłączeniem sytuacji, gdy proponuje się mu różowe buty, wtedy jest usprawiedliwiony). Ale jeśli proponowane buty nie są różowe, no ewentualnie srebrne lub złote, to marudzenie z kolorami to jest właśnie zniewieściałość.

23:26, jangzdacz
Link Komentarze (1) »
niedziela, 08 lutego 2015
Dyscyplina czasowa organizatora

O ile uczestnik imprezy biegowej, jeśli nie jest zbytnio zdyscyplinowany czasowo, ryzykuje tylko swoimi osiągami na zawodach, o tyle nie pilnowanie się zapowiedzianego programu czasowego imprezy biegowej (czy orientacyjnej) przez jej organizatorów może skomplikować życie naprawdę wielu ludziom, znaczy się uczestnikom. Będę o tym pamiętał, organizując Szybko po Woli 2015, bo wiem, jak się biegacz może w środku zagotować w takiej sytuacji. Tak było na ostatniej, sobotniej Falenicy.

W lasach sąsiadujących z Falenicą organizuje się zimą co dwa-trzy tygodnie cykliczne zawody. Równocześnie rozgrywane są Falenickie Biegi Górskie, na które przybywa grubo ponad pół tysiąca miłośników wydmowych podbiegów i zbiegów oraz zawody na orientację Falino (tu uczestników jest zwykle kilkudziesięciu, czasem setka). Wielu miłośników terenowego biegania usiłuje pogodzić ze sobą uczestnictwo w FBG i Falino, sam do nich należę. Są dwie opcje: albo najpierw start na orientację, a potem w biegu górskim, albo odwrotnie. Wcześniej decydowałem się najpierw na wyścig wyznaczoną trasą po wydmie, a potem „dokrętkę” na orientację. Oczywiście pierwszy bieg był wtedy ciekawszy pod względem wyniku.

Ostatnio odwróciły mi się priorytety, w sezonie 2015 postanowiłem położyć nacisk na imprezy na orientację. Przyczyn jest kilka: wkurzenie limitami czasowymi na górskich ultramaratonach, brak wystarczającego czasu na treningi do startów w biegach na bardzo długich dystansach, rosnące koszty uczestnictwa i logistyki wyjazdowej, znudzenie wielogodzinnymi biegami po tych samych trasach, dominacja aspektu fizycznego nad umysłowym. Stąd postanowienie o większym w tym roku zaangażowaniu w imprezy na orientację, które są chyba ciekawsze, tańsze, życzliwsze uczestnikom i wykorzystujące ich „potencjał intelektualny”. No i w końcu z wykształcenia jestem kartografem, więc mapa sercu bliska, podobnie jak bieganie.

Ostatniej soboty, 7 lutego 2015 r., już po raz trzeci dotarłem do falenickiej szkoły (FBG i Falino miały swą czwartą edycję) dość wcześnie (dzięki podwożącym mnie Bartkowi Skalskiemu i Ewie Misiaczek), by najpierw, podobnie jak Ewa, wystartować w Falino. Zwykle pierwsi zawodnicy mogli wyruszyć na orienteering o 9.30, co przy trasie o realnej długości 6-7 km pozwalało na wyrobienie się w ciągu godziny, krótki odpoczynek i start o 11.00 w FBG. Tym razem organizator Falino zapowiedział nieco dłuższą trasę, liczącą w optymalnych przebiegach prawie 8 km (a w nieoptymalnych trochę więcej), więc starty miały się zacząć o 9.15. O tej też godzinie zjawiliśmy się w szkole, ale organizatora tam jeszcze nie było. Dotarł po kilku minutach, chwilę zajęło rozstawienie sprzętu, pierwsi orientaliści ruszyli około 9.30. Czas pokonania trasy nie jest nigdy łatwy do przewidzenia, więc grafik zrobił się trochę napięty. Ja ruszyłem w czwartej minucie.

Jak zwykle do znalezienia było 20 punktów kontrolnych. Trzeba przyznać, że wpadały mi nawet szybko, nie ma to jak brak zmęczenia i zaczęcie od biegu na orientację. Do PK1 dotarłem jednocześnie z zawodnikiem, który wyruszył na trasę przede mną, dobra nasza. Dotarłem do szosy i pobiegłem nią ze 100 m, żeby wspiąć się na krawędź grzbietu i biec krawędzią dalej przez las ku PK2. Niżej widziałem dwóch rywali, zasuwaliśmy przez las tyralierą i przepłoszyliśmy wielkiego, czarnego dzika z zadartym do góry ogonem. Przez ten ogon nawet myślałem że to jakiś wielgachny, kudłaty pies, ale to jednak był dzik. Zwiał, a my trafiamy razem na PK2.

falino_20150207_openm3

Trasa była tak skonstruowana, że nie bardzo dawało się biec leśnymi drogami bez sporego nadkładania, dużo sensowniejsze było zasuwanie na azymut przez las o różnej przebieżności. Ale zasuwanie na azymut ma margines błędu w kierunku i szacowaniu odległości, toteż po takim namiarze na PK6 trafiłem nie tam, gdzie powinienem. Kilka minut w plecy, w końcu wiem gdzie jestem i bez pudła zasuwam na kolejne punkty trajektorią względnie bliską optymalnej. Szczególnie dumny z siebie byłem trafiwszy idealnie na PK 10, po przedzieraniu się przez zarośniętą młodnikiem wydmę.

Na kolejnym PK 11 spotykam rywala, jednego z tyraliery biegnącej na dzika, który wyruszył minutę po mnie. Potem do PK 16 zasuwamy razem, ale mam świadomość, że jeśli razem dotrzemy do mety, to on wygra, bo będzie miał o minutę krótszy czas. Za PK 17 udaje mi się go zgubić, dzięki biegowi na przełaj przez las. Żałuję, że mam na sobie z daleka widoczną żółto-czerwoną, galeryjną koszulkę. Wpadam na kolejne punkty bez pudła, kluczę blisko szkoły wśród tłumów szykujących się do FBG. Przed bramą szkoły rywal wypada z lasu, dogania mnie, ja rzucam się do końcowego sprintu. Do mety w szkole docieram kilka sekund po Ewie Misiaczek (jej trasa była krótsza, liczyła 15 punktów kontrolnych, ale Ewa ruszyła jakieś 10 minut po mnie), a jakieś pół minuty po mnie na mecie jest rywal. Czyli jednak wygrał. Garmin pokazuje przebiegnięty dystans: 9500 m i czas: 72 minuty. Chyba nieźle, ale nie ma czasu na analizy.

Jest 10.45. Do startu niebieskiej grupy FBG został kwadrans. Gdybym zmarudził na trasie jeszcze z dziesięć minut, gdzieś się poważniej pogubił, to FBG by diabli wzięli. Chwile zajmuje mi przypięcie numeru startowego i wypicie kilku łyków wody w szatni. Jeszcze siku wśród drzew (ubikacja oblegana), kilkusetmetrowy trucht i jestem w okolicach startu w lesie kilka minut przed jedenastą. Kiedy rozmawiam z boku z Maciejem i Jankiem Kasejami, nagle rusza na trasę niebieska, czyli moja grupa biegaczy, bez jakiegoś głośnego odliczania, strzału startera czy zapowiedzi. Patrzę na mojego Garmina FR 310, z czasem chyba ustawianym satelitarnie, więc bezbłędnie. Wskazuje 10:58. Krótka dyskusja za starterem, że tak nie można, po czym dołączam do biegnących jakieś pół minuty po starcie reszty. Przynajmniej korek na pierwszym wierzchołku miałem mniejszy niż zwykle.

Jestem przeziębiony i zmęczony orientacją. Przez zamieszanie na starcie nie zdążyłem zresetować Garmina, więc zupełnie nie kontroluję czasu, mam tylko odczyt tempa. Opaska HR odmówiła posłuszeństwa, daje odczyty poniżej 100 uderzeń serca na minutę, czyli bzdurne. Wiem, że dziś wyniku nie będzie. Trasa trochę zaśnieżona, trochę zlodzona, trochę piaszczysta, w sumie nawierzchniowo całkiem nieźle. Jak jestem przeziębiony, to z daleka wyczuwam smród palonego papierosa, zwłaszcza jak płuca pracują na maksa w ostrych podejściach. Po kilkuset metrach i tu czuję ten syf, zatyka mnie, pewnie jakiś turysta gdzieś w pobliżu pali. Na podejściu jest to szczególnie dokuczliwe. Po stromym podbiegu oczom nie wierzę: na szczycie wydmy jeden z ratowników w czerwonym kubraku, stanowiący zabezpieczenie na wypadek zasłabnięcia lub upadku któregoś zawodnika, pali papierocha ze trzy metry od mijających go setek biegaczy. Zwracam mu uwagę, że tak się na trasie biegu nie robi, wkurzony, że nie rozumie czegoś tak oczywistego. Gula w gardle, wynikająca z wściekłości po opóźnionym starcie, rośnie ponownie. Jeszcze trochę się napięła, jak wyprzedzający mnie na kolejnym podejściu zawodnik z napisem Parkrun na koszulece rzucił: „A podobno łosie są w lesie najszybsze, he, he”. Jak uzyskałem na szczycie wydmy możliwość wydania z siebie głosu, to odpaliłem umiarkowanie ciętą ripostą: „A na pięć kilometrów to szkoda buty wiązać”. Oj, wisi dziś siekiera w powietrzu...

Docieram do mety, jak się okazało potem, z czasem 51:01, czyli najgorszym tej zimy w FBG, o sekundę słabiej niż w najgorszym dotąd. Doliczyłem się też w sumie tylko trojga reprezentantów Galerii, a musi być 5 osób, żebyśmy byli w klasyfikacji drużynowej. Po biegu idę na znakomity żurek w szkole koło startu/mety Falino, gdzie zbieram podpisy popierające wniosek o uwzględnienie w 2016 r. Szybko po Woli i planowanych, towarzyszących imprezie cotygodniowych treningów w wolskich parkach, w budżecie partycypacyjnym warszawskiej dzielnicy Wola. Znajomi biegacze chętnie podpisują. Na koniec dłuższa chwila w falenickiej cukierni (tradycji musi stać się zadość) i Bartek z Ewą odwożą mnie pod same drzwi. Wielkie dzięki :-) .

Bardzo lubię połączone biegi po falenickim lesie. Jestem pełen szacunku dla roboty organizacyjnej rodziny Krochamalów i organizującego biegi na orientację Janka. Ale super byłoby, gdyby czasowo było to bardziej dopięte (zwykle jest), bo takie kłopoty jak ja miało dziś dziesiątki uczestników FBG i Falino. Ukazały się wyniki obu imprez. Oczywiście lokata w FBG beznadziejna. W Falino byłem na miejscu 11, spośród 36 startujących. Nieźle, ale liczyłem na pierwszą dziesiątkę. Mam do tej pory zaliczone wszystkie cztery biegi i zdobyte dotąd 47 punktów, co daje 9 lokatę w rankingu cyklu. Chyba nienajgorzej :-) , jak na 46-latka.

Mój przebieg w sobotnim Falino, dla ciekawych:
http://connect.garmin.com/dashboard?cid=6775894

18:06, jangzdacz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 lutego 2015
Wedlowski półmaraton w dżinsach

Przed tygodniem ja i moja małżonka Ania byliśmy wolontariuszami na Mariott Everest Run. Unikalna impreza, którą nazwałbym ultramaratonem w bieganiu po schodach. Bo znakomite wyczyny na całym świecie Piotrka Łobodzińskiego i zawody w wieżowcu Rondo ONZ 1 to sprinty. MER otwiera erę schodowych miejskich ultramaratonów, z reminiscencjami himalaistycznymi.

Przez kilka godzin, z przerwami, byliśmy z Anią i Izą windziarzami i regularnie woziliśmy z poziomu +40 na poziom -1 kilkunastoosobowe grupki śmiałkiń i śmiałków, zdobywających przez dobę (lub krócej) warszawski, mariottowy Everest. Everest składał się z 65-krotnego wspięcia się 42-piętrową klatką schodową, co w sumie dawało 8848 m w pionie. Mistrz zrobił to w 16 godzin.

Głównym zadaniem windziarza było pilnowanie, żeby do windy nie wchodziło za dużo osób, bo groziło to awarią dźwigu. Zasuwanie po schodach przypadło mi zresztą do gustu, bo przez ostatni miesiąc co tydzień przybywam na schodowe treningi w Mariotcie, Intercontinentalu i PEKiNie, a zachęcił mnie do nich Maciaszczyk. Zarówno MER, jak i treningi, organizuje Fundacja Wspierania Ratownictwa RK. Co znaczy RK, to nawet najbardziej wtajemniczeni w tej firmie nie bardzo wiedzą.

W podzięce za udział w wolontariacie dostaliśmy od rzeczonej fundacji propozycję udziału w szkoleniu pierwszej pomocy i z zaproszenia wczoraj, w piątek, skorzystaliśmy. Szkolenie było na Batorego z zakresu BLS (basic life support, czyli głównie resuscytacja) i AED (automatic external defibrylator, czyli elektrowstrząsy). Sporo wniosło, warto było. Dzień był poza tym taki sobie, bo za sprawą pikującego w dół ciśnienia i nadciągającej nocnej śnieżycy czułem się dość nieszczególnie. Wróciliśmy późno wieczorem do domu, a rano czekał mnie Wedel.

Pospać w nocy nie dała Biała. O piątej z minutami znacząco sapała mi nad uchem, a kiedy uległem, to na zewnątrz załapaliśmy się na obfity opad śniegu. Krótki spacer zwieńczyła niewielka, zwarta psia kupka, więc trudno mówić o awaryjnej sytuacji, toteż Biała swą nadranną natarczywością trochę mi podpadła.

Rano, po nieco opóźnionej pobudce, na krześle naszykowałem sobie siatę z ekwipunkiem na trzy wedlowskie biegi, po czym wybrałem się na zarządzony przez małżonkę wypad psio-piekarniowy. Kolejka przed Lubaszką, jak to w sobotę, okazała się dość konkretna, myślałem nawet o rezygnacji. Zakupów nie przyspieszyła też kłótnia dwóch jegomościów z kolejki, co rozpraszało kasjerkę i opóźniało finał zaopatrzenia rodzinki w pieczywo. Zrobiło się naprawdę późno. Wróciwszy z Białą do domu chwyciłem plecak z, jak mniemałem, kompletnym wyposażeniem, po czym pognałem na przystanek, by zetteemem dotrzeć do Parku Skaryszewskiego, co udało mi się około 10.40. Czas już był najwyższy, żeby zdążyć wziąć udział w biegu na orientację, poprzedzającym start na dwóch dystansach Biegu Wedla.

Zapisałem się do orientacji, zasuwam do szatni w budynku Drukarza. W czasie przebierania odbieram telefon Anki z informacją, że zostawiłem biegowe ubrania na krześle. Zaglądam do plecaka, faktycznie zostawiłem. Trudno, zasuwam w dżinsach. Okazuje się też, że nie zabrałem kompasu. Na szczęście są trailowe buty z goreteksem, numer startowy i czip oraz garmin.

Startuję jako jeden z ostatnich na najdłuższym dystansie InO, start interwałowy, trasa D liczy teoretycznie około 5500 m. Znajduję 20 punktów kontrolnych w ciągu 41 minut, poszło mimo braku busoli dość sprawnie, bez poważniejszych wpadek, a garmin pokazał przebiegnięte około 6500 m. Warunki śnieżno-błotne. W czasie biegu na orientację słyszę spikera ogłaszającego, że Filip Stępniak, syn Michała z którym pracuję w ERGO, wygrał bieg na 1850 m. Docierając do mety patrzę na zegar, jest 11.45. Za kwadrans startuje bieg na 5 km, do którego jestem zapisany. Trzeba się sprężać.

Lecę do szatni w Drukarzu po numer startowy i czip, a tu niespodzianka. W czasie mojego biegania na orientację pokoik, w którym zostawiłem swoje rzeczy, został okrzyknięty damską szatnią, co uczynili uczestnicy zawodów, a raczej uczestniczki, a nie organizatorzy. Houston, mamy problem. Udaje się ubłagać przebierające się panie, wpadam na kilka sekund do pokoiku, nie rozglądając się specjalnie i przepraszając, po czym z plecaka wyciągam kopertę z numerem startowym, czipem i agrafkami. Chwilę później jestem na starcie, wzbudzając zdziwienie swoimi nieco już ubłoconymi i przepoconymi dżinsami. Nie mam też na sobie ani klubowej, ani białej wedlowskiej koszulki (otrzymanej od organizującego bieg Andrzeja Krochmala).

Jakoś mimo braków w garderobie udało się bieg C dość szybko przebiec, osiągając mniej więcej pięćdziesiątą lokatę. Czas niecałe 25 minut, dystans policzony przez garmina 5500 m. Większość biegu w niedalekim sąsiedztwie Ani Pojawy, która wygrała kategorię K-35. Trasa składała się z trzech pętli po wyasfaltowanej, ale nieco zaśnieżonej skaryszewskiej obwodnicy oraz gruntowego (czyli błotnego) finiszu. Na mecie medal, torebka z pakiecikiem finiszera (m.in. słodkości od Wedla) oraz płynna czekolada i degustowana, podobnie jak w wielu innych imprezach biegowych, Idea Kaffee. Młoda uczestniczka pyta mnie, czy lepiej mieć na trasie buty szosowe z gładką podeszwą, czy raczej trailowe z kostropatą. Mówię, że jednak lepsze będą te drugie, więc dziewczyna zasuwa zmienić obuwie.

Zachodzę przed ostatnim biegiem do szatni i znów mam problem z dostępem do rzeczy. Któraś z litościwych biegaczek wynosi wreszcie z damskiej szatni mój plecak i kurtkę, co pozwala nie zmarznąć zbytnio w półgodzinnym oczekiwaniu. Zrzucam kilka minut przed startem rzeczy w foliowym worku w depozycie w amfiteatrze, po czym biegnę na start.

O ile rozpoczęcie biegu C poprzedziło głośne odliczanie, o tyle start biegu D na 9 km był zupełnie cichy. Ludzie po prostu nagle zaczęli biec. Zasuwam w krępujących nieco dżinsach pięć okrążeń po Parku Skaryszewskim. Zmęczenie daje się we znaki, nie gnam tak jak w biegu C. Zasuwam raczej na puls, starając się utrzymać w drugim zakresie. Tętno mimo dość stałego tempa stopniowo rośnie ze 140 do 160 na ostatnim okrążeniu. Finiszuję w błocku, czas nieco ponad 43 minuty. Po biegu posiłek w postaci grochówki w towarzystwie Izy, szykującej się niebawem do przeprowadzki do Poznania. Przebieranie się w szatni, na szczęście dało się skompletować suchą zmianę. W losowaniu po biegu trafił mi się kalendarz Idea Kaffee. Pora do domu.

W sumie uzbierał mi się dziś w Skaryszaku półmaraton: 6500 na orientację + biegi Wedla na 5500 i 9200 m. Razem 21 200 m. Dawno nie ścigałem się w dżinsach. A jutro rano w planach wypad do Puszczy z Białą i Maciaszczykiem. Mam nadzieję, że już nie tak na wariata jak dziś.

00:10, jangzdacz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 stycznia 2015
Skąd łoś?

Łoś jest związany z warszawskim bieganiem już od dawna, przynajmniej od kilkunastu lat. Ostatnio coraz częściej noszę jego przebranie na grzbiecie, warto więc parę słów napisać, skąd się wzięło.

Jestem chłopak z Jelonek, z Osiedla Przyjaźń. Lubię też pobiegać po lesie, a najbliższym Jelonkom większym kompleksem leśnym jest las na pobliskim Bemowie, w okolicach poligonu i Wojskowej Akademii Technicznej. W jego sercu jest podmokły rezerwat przyrody Łosiowe Błota, a nazwa ta wcale nie wzięła się z niczego, bo łosie tam są. Przez ładnych kilka lat zapuszczałem się biegowo w tamte rejony, z nadzieją na spotkanie kultowego zwierza. Bez powodzenia.

Ważnym wydarzeniem w warszawskim światku biegowym u progu XXI w. był (i nadal zresztą jest, choć w szczątkowej formie) Sobotni Bielański Bieg Poranny. Co sobotę przy szlabanie przy rogu Klaudyny i Podleśnej spotykała się grupa kilkunastu, a czasem i kilkudziesięciu biegaczy, by razem pobiegać po Lasku Bielańskim i Lesie Młocińskim. Towarzystwo było barwne, ciekawe, inteligentne i twórcze, a z kilkoma poznanymi tam ludźmi łączy mnie do dziś przyjaźń. Tam swój początek miały różne pomysły i przedsięwzięcia, które w różnej formie w warszawskim bieganiu funkcjonują do tej pory. Niektórym SBBP-owiczom sobotnie bieganie nie wystarczało i w innych dniach tygodnia spotykali się na obiektach sportowych WAT, by wyruszyć na leśną, dziesięciokilometrową pętlę po Lesie Bemowskim. Na jej półmetku przystawali na nie istniejącym już dziś drewnianym pomoście nad bagienkiem w rezerwacie Łosiowe Błota. Utworzyli nawet biegową frakcję o nazwie SBBP Łosie, dla której koszulki zaprojektował wielce uzdolniony w różnych dziedzinach Kociemba.

Jesienią 2007 r. miał miejsce ogromny, jak na tamte lata, masowy bieg na dystansie 10 km w centrum Warszawy o nazwie Run Warsaw, który potem przemianowany został na Biegnij Warszawo. Tysiące uczestników w jednakowych, zielonych koszulkach tworzyło wielką zieloną rzekę, która płynęła ulicami stolicy. Pod koniec rzeki płynął nad głowami biegnących nadmuchiwany kajak, niesiony na stelażach od plecaków przez zmieniających się biegaczy (do których należałem). Konstrukcję zaprojektował i wykonał również uzdolniony w wielu dziedzinach SBBP-owicz Pit. W kajaku dostojnie podróżowało kilka pluszowych łosi, a największy z nich był mój. Zabawa była niesamowita, mimo posypania się częściowego konstrukcji w trakcie biegu, a widok i aplauz obserwatorów niezapomniany.

Jak trafił do mnie ów łoś? Otóż w czasie jednej z wielu wizyt w IKEA zobaczyliśmy z moją Anią pokrowiec na bieliznę z formie worka ze sztucznego, jasnobrązowego futra, w formie łosia z wielką, zwieńczoną miękkim porożem łosiową głową. Pokrowiec tani i niezbędny nie był, kosztował 129 zł, w końcu Ania przekonała mnie do zakupu. Była to chyba jedna z najbardziej trafionych inwestycji, bowiem pokrowiec okazał się świetnym przebraniem. Występowałem w nim od czasu do czasu na różnych warszawskich biegach, w roli uczestnika, kibica, animatora biegów dziecięcych lub konferansjera. Ostatnio najczęściej łosia można było spotkać na organizowanym m.in. przeze mnie cyklu biegowym Szybko po Woli w Parku Szymańskiego.

Wróćmy jednak do żywych łosi i nadziei na ich spotkanie na mojej biegowej drodze. Mimo regularnych treningów w bemowskich lasach i Puszczy Kampinoskiej (łoś jest symbolem Kampinoskiego Parku Narodowego), nie miałem jakoś szczęścia przez ładnych kilka lat i zwierza rzeczonego nie napotkałem. Co i rusz w necie ukazywała się fotografia łosia autorstwa któregoś z moich biegających znajomych. Wreszcie i mnie się poszczęściło, w miejscu bardzo szczególnym.

Słyszeliście może o Transatlantyckiej Centrali Radiotelegraficznej? To jedno z najbardziej spektakularnych dzieł polskiej, międzywojennej myśli technicznej. Na obrzeżach Warszawy postawiono 10 masztów w kształcie litery T o wysokości 126 m. Rozpięto między nimi na prostym odcinku o długości niemal 4 km przewody, które utworzyły ogromną antenę nadawczą, funkcjonującą od 1923 r. Przy jej pomocy możliwe było odbieranie audycji Polskiego Radia m.in. przez amerykańską Polonię. Miejsce to zresztą za sprawą wyjątkowej instalacji nazwano Radiowem.

W czasie drugiej wojny światowej Niemcy wykorzystywali antenę do łączności z okrętami Kriegsmarine na Atlantyku. W końcu 1944 r. na jednym z masztów zbudowali opancerzone stanowisko obserwacyjne, z którego śledzili ruchy wojsk radzieckich na prawym brzegu odległej o kilka kilometrów Wisły. Nie było bowiem w okolicy wyższej od masztów budowli. Tuż przed wkroczeniem wojsk radzieckich, 16 stycznia 1945 r. wszystkie maszty zostały wysadzone w powietrze przez hitlerowców.

Teren porosły lasy, wzdłuż ukrytych w zaroślach fundamentów zniszczonych masztów biegła gruntowa droga, stanowiąca fragment dziesięciokilometrowej, łosiowej, biegowej pętli. Stanowiła ona przy okazji fragment granicy administracyjnej Warszawy. W czasie jednego z treningów łosiowej frakcji SBBP Kociemba opowiedział nam o radiowej historii tego miejsca.

Pewnego bezśnieżnego zimowego dnia, gdzieś koło 2005 r., biegłem sam wymienioną wyżej drożyną. Może biegła wtedy ze mną w uprzęży Szara, nie pamiętam już, ale biegaczy innych wtedy nie było. W miejscu, w którym droga ta krzyżuje się z rowem z wodą, tuż obok ruin fundamentów jednego z masztów, zauważyłem po lewej, warszawskiej stronie drogi jakiś ruch. W odległości może 30 metrów ode mnie stał nieruchomo szary, wielki, bezrogi zwierz. Był doskonale nieruchomy i kolorystycznie idealnie wtopiony w otoczenie. Jako że specjalnie spostrzegawczy nie jestem, z pewnością bym go nie zauważył, gdyby nie zaczął ruszać... uchem. To właśnie ruchy uszu, niezależne z obu stron głowy, zwróciły moją uwagę. Zatkało mnie, stanąłem, gapimy się na siebie bez ruchu jakieś pół minuty. Wreszcie przytomnieję i... widzę między drzewami znacznie bliżej, bo w odległości kilkunastu metrów, drugiego łosia. Ten był doskonale nieruchomy i równie świetnie wtopiony kolorystycznie w otoczenie. Po chwili wzajemnego przyglądania się bez paniki z obu stron biegnę dalej, a łosie spokojnie oddalają się w głąb lasu. W końcu w polskich lasach nie mają naturalnych przeciwników. To drugi co do wielkości, po żubrze, dziki zwierz naszych kniei.

Było to moje pierwsze, ale nie ostatnie spotkanie z łosiami. Później co kilka miesięcy natykałem się na nie w Puszczy Kampinoskiej lub w okolicach Łosiowych Błot. Prawdę powiedziawszy za każdym razem, kiedy biegnę do lasu, mam nadzieję na takie spotkanie. Można powiedzieć, że to mocna motywacja do treningu. Czasem spotykam też dziki lub sarny, ale jednak łoś to łoś, król Puszczy, wtedy jest spotkanie na szczycie.

W XX w. w Polsce na łosie bardzo intensywnie polowano. Na przełomie XX i XXI w. odstrzał nawet do tysiąca zwierząt rocznie doprowadził ten gatunek na skraj zagłady. Szacowano ich liczebność na zaledwie 1500 szt. W 2001 r. wprowadzono moratorium na polowanie na to zwierzę łowne, co pozwoliło na odbudowę populacji do kilkunastu tysięcy osobników. To jednak nadal niewielka liczba wobec kilkusettysięcznych polskich populacji saren, jeleni i dzików. Mimo to w ostatnim czasie pojawił się projekt cofnięcia moratorium, motywowany szkodami rolnymi i zagrożeniem wypadkami komunikacyjnymi powodowanymi przez łosie. Projekt wzbudził ogromny społeczny sprzeciw, który poparli naukowcy, dziennikarze i celebryci. Udało się go na razie zablokować, ale myśliwski lobbing jest mocny i przyszłość łosia nadal jest zagrożona.

Dlatego też moje paradowanie w łosiowym stroju to ostatnio nie tylko wygłup i ciekawostka, ale też okazja do zwrócenia uwagi na sytuację tego gatunku w Polsce oraz możliwość wzbudzenia dla niego sympatii wśród najmłodszych uczestników imprez biegowych. Taka inwestycja w przyszłość ;-) . Bo w końcu Łoś to Superktoś.

00:39, jangzdacz
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17