|
|
czwartek, 17 maja 2012
Po przerwie
Aż 10 dni bez biegania było, chyba rekord od... o ho ho...
Wróciwszy poprzedniej niedzieli z ERC 2012 na Litwie widocznie strasznie sterany byłem i podatny na bakcyla, bo dorwało mnie w połowie zeszłego tygodnia coś w rodzaju anginy, antybiotyk był w robocie. Rzadka rzecz, od roku nie chorowałem. Niestety ominęła mnie przez to świetna mazowiecka (czyli bliska) impreza na orientację, a mianowicie sławetne DyMnO w Starym Bosewie. Szefem organizacji jest na DyMnie mój partner z Litwy, Andrzej Krochmal. No i podobno, mimo niezbyt łaskawej pogody, świetna i dograna impreza była. Straaaaaaaasznie żałuję :-(. Poprzedniego DyMnO rok temu mimo choroby nie odpuściłem i skończyło się jeszcze straszniejszym choróbskiem, teraz wygrał rozsądek.
Duet Sabiny Giełzak i Marcina Krasuskiego, reprezentujący portal orienteering.waw.pl, tym razem okazał się bezkonkurencyjny i wygrał na DyMnO multidyscyplinarną trasę ekstremalną. I wszystko tydzień po bardzo wyczerpującej Litwie. No ludzie ze stali.
Dziś w końcu ruszyłem na trening, bez psów tym razem. Trochę na początku poganiałem po Górze Moczydłowskiej, ale że dość jeszcze słabowicie się czuję, to bez przesady. A potem wziąłem kurs na Lasek na Kole i tam w najdalsze zakamarki się zapuściłem. W sumie 25 km mi to zajęło. Już na Elekcyjnej się zorientowałem, że zapomniałem zupełnie o butelce z piciem, którą zbunkrowałem sobie na początku biegu w sobie tylko znanej krzaczkowej kryjówce. No i do tej pory picie na mnie czeka, będę musiał je zutylizować przy najbliższej wizycie w tamtych stronach.
Za to po południu strasznej sensacji na podwórku narobiłem. Rozłożywszy gliniane wypieki (otrzymane od łubu-dubu Prezesa naszego klubu) na betonowym placyku, który po zlikwidowanej piaskownicy został, wraz z córą Zosią dorwałem się do sprayowych farb czerwonej, żółtej i brokatowej. Trofea i medale na bieg owocowy, który niebawem w ostępach nastąpi, szykowaliśmy. Wyszło całkiem efektownie.
Zosia stwierdziła, że z daleka folia z rozłożonymi medalami w kolorach docelowych przypomina jej coś. A mianowicie wygląda to tak, jakby Pani Danusia (kucharka z obozu harcerskiego w Mikaszówce) wylała na ziemię wielki gar zupy pomidorowej. Mnie z okna bardziej to wyglądało na sos do spaghetti bolognese. Dzieciarnia wszelka przychodziła i się dopytywała, co to będzie. A dorośli z daleka, chyłkiem, bez słowa, ale zaciekawieni. A kilku nawet zapytało, cóż to takiego, i powodzenia w organizowaniu biegu życzyło. Wydarzenie wręcz. Administrator bloku myślał, że coś w piwnicy mi się zalało i rozkładam, żeby wyschło. Jak schowałem się do domu, żeby rzeczywiście farba wyschła i żeby ziemniaki na obiad obrać, to co minutę ktoś podchodził i oglądał. No sensacja na Pustola, panie, kto to widział w ogóle, tyle farby zmarnować...
Trzeba będzie powstążkować jeszcze z rodziny pomocą (mam nadzieję), ale to już nie dziś. Oszołomiony oparami nitropodobnymi byłem trochę, we łbie mi się kołysało i trochę teraz pod czaszką boli, mimo, że na świeżym lufcie i przy mocnym wietrze wszystko się działo. Pryskać trzeba było od nawietrznej, a folię malarską dobrze przygnieść ciężarkami, żeby nie fruwała. Efekt ocenicie niebawem, no chyba że wybraliście Ekiden.
poniedziałek, 07 maja 2012
ERC 2012, czyli rogaining na Litwie
Właśnie skończyłem zliczać z mapy. Wyszło 104 km, ale w praktyce chyba było więcej, w końcu znaczna część trasy to lawirowanie w gąszczu i bagnach. W duecie z Andrzejem Krochmalem na litewskich Mistrzostwach Europy w Rogainingu. Na trasie byliśmy 22 godziny i 55 minut. Zebraliśmy 67 punktów z możliwych 73, wg moich obliczeń daje to 353 pkt na 392 możliwych. Wg nieoficjalnych wyników wywieszonych na mecie dało to naszej drużynie 10 miejsce na 22 ekipy sklasyfikowane w kategorii MV (weteranów powyżej 40 lat). Czekam na oficjalne wyniki na stronie internetowej orgów.
Ale byli tacy, co trzy godziny przed zakończeniem 24-godzinnych zawodów zameldowali się na mecie z kompletem punktów, np. Sabina Giełzak i Marcin Krasuski. Pokonał ich tylko jeden weterański miks, który jeszcze wcześniej z kompletem zameldował się na mecie. Zdecydowanie za mało tych punktów organizatorzy nastawiali, a może obszar zbyt niewielki i za łatwa nawigacja. W rogainingu nie powinno być możliwości zebrania kompletu punktów, trochę wtopa.
Stopy mam trochę pokiereszowane, ale ogólnie udało się ukończyć w niezłej formie. Obszerniejsza relacja w przygotowaniu.
piątek, 04 maja 2012
Flagi trzeciomajowe
Upalny dzień świąteczny, 3 maja. Wziąłem dziś udział w warszawskim Biegu Konstytycji.
Dojechałem na start przy rogu Przemysłowej i Rozbratu rowerem, taszcząc nim swoją zwiniętą trójflagę. Przypiąłem do metalowego płotka na Łazienkowskiej welocyped, po czym, lekko się wzdrygnąwszy, po raz drugi w życiu wszedłem na teren stadionu Legii, w celu zostawienia swoich rzeczy w depozycie. Pierwszy raz był ponad dwa lata temu, wtedy jako kurier dostarczałem na Legię jakąś przesyłkę. Bo tak sam z siebie to miejsca tego raczej unikam.
Rozwinąwszy w łopocie moje trzy flagi na jednym kijaszku raźno pomknąłem Łazienkowską ku miejscu startu. Najwyżej była flaga żółto-czerwona, warszawska i galeryjna zarazem, pierwszy poziom identyfikacji terytorialnej. W środku biało-czerwona, patriotą też się czuję, choć rozumiem to inaczej niż wielu ludzi za patriotów się uważających. Czyli identyfikacji nieco szerszy zakres. A najniżej najszerszy poziom, czyli niebieska flaga UE z dwunastoma żółtymi gwiazdami. To w związku z ósmą rocznicą naszej przynależności, która była przedwczoraj. Ostatnio instytucja ta ma trochę kłopotów, ale myślę, że sobie z nimi poradzi.
Osiem lat temu też z flagami biegłem w Warszawie z okazji 3 Maja. Wtedy unijna flaga była nie do dostania, zrobiłem ją z resztek niebieskiego prześcieradła i 24 papierowych żółtych gwiazdek, przyklejonych do płótna z obu stron. Nad flagą UE powiewała wtedy biało-czerwona. Przed startem nie wszystkim ten zestaw się spodobał, ale większość znajomych reagowała pozytywnie. Zamiast prostego kijka miałem wtedy taki nieco zgięty, leszczynowy. Ktoś w czasie biegu z flagami zrobił mi fotkę, która trafiła do Stołecznej.
Dziś czekam przed startem w wielkim tłumie biegaczy, jest ich ponad dwa tysiące (conajmniej pięć razy tyle, ile osiem lat temu). Większość ma białe, wosirowe koszulki techniczne. Mój zestaw startowy (który zawdzięczam ambasadorskiej "posadzie" Festiwalu Biegowego) koszulki nie zawierał, więc biegnę w koszulce klubowej, żółto-czerwonym singlecie. Rozmawiam z Anią Karłowicz, zauważamy przechodzącego obok Roberta Korzeniowskiego. Potem staję w tłumie biegaczy możliwie blisko linii startowej, obok znajomego Pana Doktora.
Przed startem śpiewamy hymn państwowy, zadziwiająco czysto wszystkim to wychodzi, wzruszająca chwila. Odliczamy od dziesięciu w dół i jazda. Kilkadziesiąt sekund po strzale startera przekraczam linię startową, a moja trójflaga góruje nad tłumem biegaczy. Dziś to chyba jedyna flaga, co mnie trochę dziwi - zawsze na patriotycznych biegach kilku chorążych było.
Początek jest kręty i trudny. Dwa zakręty w lewo, trochę ciężko wyprzedza się ludzi, którzy mimo wolnego tempa stanęli z przodu. Trzeba mocno lawirować. Wreszcie wypadamy na Górnośląską, którą mozolnie wspinamy się na górę. Zakręt w lewo w Ujazdowskie i defilujemy przed ciągiem ambasad. Dobiegamy do Placu na Rozdrożu, z którego mamy stromy zbieg Agrykolą (chyba pierwszy raz na Biegu Konstytucji Agrykola jest w dół, zawsze była pod górę). Potem Szwoleżerów, na których wyprzedzam Anię Pojawę. Cały czas ścigam się z Kamyczkiem, czasem on się wysuwa trochę do przodu, a czasem ja. Skręcamy w Wisłostradę, potem z niej w Łazienkowską i wreszcie ostatnia prosta w Parku Agrykola. Na finiszu ostra walka z Kamyczkiem, wygrana przeze mnie.
Lokata 251, czas wg mojego stopera 21:48. Nieźle. Gorąco. Dostaję powerade, medal i ulotkę zapraszającą do Łodzi na 10-kilometrowy bieg Piotrkowską. Spotykam Michała Walczewskiego z Maratonów Polskich, chwilę rozmawiamy i udzielam wywiadu do kamery ;-), na temat biegania z flagami. Potem konkurs wiedzy o Belgii, którego byłem biernym świadkiem. Odstałem w kolejce kawałek belgijskiego gofra. Ambasady Belgii, Francji i Włoch były współorganizatorami dzisiejszego biegu.
Fajnie było, ale krótko. Ale dziś dłuższych biegów już być nie powinno. Jutro rano ruszam na Litwę, gdzie odbędą się Mistrzostwa Europu w Rogainingu. To 24-godzinna piesza impreza na orientację. Niezły kawałek ultra, startuje się w dwuosobowych zespołach. Moim partnerem będzie Andrzej Krochmal, kilka lat temu jeden z lepszych w Polsce orientalistów. Razem z nami jedzie autem Andrzeja także Marcin Krasuski (aktualny bardzo mocny orientalista) i jego partnerka. Wczoraj Andrzej kupował w Ergo buty na ten start, roclity 295, będę miał na nogach takie same.
Jutro o tej porze będę już chyba kimał w namiocie przy bagnie, w którym się z soboty na niedziele nieźle unurzamy. Doczekać się nie mogę...
niedziela, 29 kwietnia 2012
Puszcza w upale
Niedziela.
5.55. Budzi mnie budzik w komórce. Najadłem się późnym wieczorem, więc rezygnuję ze śniadania, tylko herbata. Krótki spacer z psami, bo dziś nie uczestniczą w długim bieganiu, za ciepło dla huskich.
6.33. Ruszam rowerem, który spędził noc przypięty do latarni, w kierunku Opalenia. Na sąsiedniej klatce przez otwarte okno słychać "Biełyje rozy" rozkręcone na maksa, trwa impreza. Podobne atrakcje czekają nas tu przez najbliższe parę miesięcy. Taka okolica...
6.56. Jadę Radiową przez las za Boernerowem. Jeszcze rześko, słonecznie. Po lewej Łosiowe Błota, po prawej Park Leśny Bemowo. Zostało kilkaset metrów do przejazdu kolejowego. Przed sobą widzę spore zwierzę, wychodzące z lasu po lewej na asfalt. Żadnych samochodów w okolicy, tylko ja się powoli zbliżam. Łoś! Nie spieszy się, przejście na drugą stronę Radiowej zajmuje mu z pół minuty. Po prawej stronie jezdni jest rów z wodą, do którego zwierzak się pakuje. Dojeżdżam do niego, zaniepokojony wyłazi z wody i wchodzi w głąb lasu na jakieś 10 metrów. Ale jak przejeżdżam, to wraca do rowu. Jest szaro-brunatny, ma gabaryty sporego konia. Przednie nogi znacznie dłuższe od tylnych, rozbudowany w kłębie, brak poroża. Wspaniały. Nie niepokoję łosia i jadę dalej. Łoś stoi mniej więcej 100 m przed przejazdem kolejowym. Wydaje mi się, że po drugiej stronie przejazdu, przy szosie, już za zakrętem w prawo, za trawą widzę jeszcze jednego zwierzaka. Coś jak niski, długi pies, z pokaźną kitą. Lis? Kiedy dojeżdżam tam ze dwadzieścia sekund później, po zwierzaku ani śladu.
7.00. Skrzyżowanie w Mościskach przy szkole. Jestem trochę spóźniony, dociskam pedały.
7.02. Dzwoni komórka, ale mam ją w plecaku i nie mogę odebrać w czasie jazdy. To Maciaszczyk. Jestem na Estrady, za chwilę będę na miejscu.
7.04. Jestem na parkingu w Opaleniu, Maciek już zapiął do drzewa w gąszczu swój rower, ja też to robię. Samochodem dojechał wcześniej jeszcze Zbyszek, obaj na mnie czekali.
7.08. Ruszamy w knieję, w planach dotarcie do cmentarza w Palmirach i powrót, przynajmniej 25 km. Temperatura powoli rośnie, ale jeszcze jest fajnie.
Standardowa trasa: Michałówka, Łuża, Nadłuże, górska premia na wydmie, uroczysko Na Miny. Przyjemne igliwie pod nogami, jak się biegnie ścieżką obok drogi, na drodze zwykle suchy już piach. Skręcamy w prawo ku Szczukówkowi. Robi się mokrzej i błotniście, obficie kwitną na biało zawilce. Docieramy do bagiennego rozlewiska. Od wschodu nisko jeszcze świeci słońce i niesamowicie zalewa światłem pokrytą gęstą zieloną rzęsą powierzchnię wody. Ale widok, Zbyszek robi zdjęcie komórką.
Na Szczukówku skręcamy w lewo i czerwonym pomykamy ku Mogilnemu Mostkowi. Coraz cieplej. Maciek umila nam bieg autentycznymi, makabrycznymi historiami, jak raz w stawie Echo koło Zwierzyńca znalazł topielca, a innym razem w małpim gaju przy WAT na Bemowie wisielca. Po ostrej jeździe na rowerze coś miękki jestem w kolanach, ciężko się biegnie, ledwo nadążam za Maćkiem i Zbyszkiem. Sporo owadów i pajęczyn na ścieżkach. Pełna zdradliwych korzeni i resztek worków z piaskiem grobla, za nią błotna przeprawa, leśniczówka i w końcu osiągamy wiatę na rozdrożu szlaków przy Mogilnym Mostku.
Muszę się zatrzymać, siadam na ławce wiaty, wyjmuję butelkę z wodą, piję. Na stoliku leżą "Listy do sąsiada", izabeliński bezpłatny periodyk. Zaglądam do środka, ciekaw, czy piszą tam o Biegu Truskawki. I piszą! Ale numer :-). Chowam magazyn do plecaka. W trawie obok leży jeszcze jakiś inny periodyk, też formatu A4, ale z Puszczą w tytule. Ten kładę na miejsce zabranego, na wiatowym stoliku i ruszamy dalej. Chłopaki łaskawie na mnie poczekali.
Pod Mogilnym Mostkiem woda wartko płynie Wilczą Strugą na zachód. Mimo słabości skręcam z drogi w prawo na wydmy, żeby było jeszcze trochę górskich premii, moi towarzysze też. Jakoś odżywam na tych podbiegach i zbiegach. Kuka kukułka. Docieramy do tablicy z wielką mapą przy muzeum i cmentarzu w Palmirach, nie zatrzymujemy się. Kolejna górska premia na Ćwikowej Górze, potem parking Pociecha i przysiółek Pociecha. Znowu zbaczamy z drogi w równoległą do niej, choć trochę się wijącą ścieżką po prawej.
Dla Zbyszka tempo jest trochę zbyt wolne, postanawia się od nas odłączyć i szybciej dobiec do parkingu. Ostatnie co widzimy, to żółte i czerwone paski na podeszwach zbyszkowych adistarów. Zostajemy z Maćkiem we dwóch i trochę zwalniamy. Ja mam na nogach roclity 295, w nich będę lada moment robił ultramaratony. Maciek biegnąc za mną zwraca uwagę, że widać w nich moje nadpronowanie. Wiem o tym, ale ostatnio biegam tylko w neutralnych butach. Maciek z kolei ma na sobie kupione kilka tygodni temu w Ergo structure triaxy 15, te dobrze mu stabilizują nadpronujące stopy. Maciek woli biegać w podpartych butach, wtedy nie zdarzają mu się kontuzje.
Maciaszczyk mówi, że jak wbiegniemy do Sierakowa, to zacznie się patelnia na odkrytym asfalcie ze słońcem świecącym w twarz. Cieszymy się więc zacienionym lasem, truchtając. Ostatnią wydmę przed Sierakowem zaliczam tylko ja, Maciek omija ją drogą. Na dukcie tuż przed wsią Maciek pokazuje mi sporego, żywego, metalicznobrązowego padalca, bez ruchu wygrzewającego się na środku koleiny. Padalec sporo ryzykuje, bo minęło nas niedaleko po drodze już kilku rowerzystów.
Asfalt sierkowski, szczekanie burków za płotem (ale zdecydowanie jest tego mniej niż przed tygodniem), patelnia. Z przeciwka co chwila śmigają grupy rowerzystów, turyści i zdecydowanie wolniejsi, pojedynczy lokalersi. Nad nami samoloty pasażerskie zniżają lot przed lądowaniem na Okęciu i wchodzą w ostatni zakręt w prawo przed lotniskiem. Maciek, znający się na sprawach lotniczych, mówi, że ostatnio zmodyfikowano pas podchodzenia do lądowania nr 15. Wcześniej odrzutowce skręcały ku południowi nad Nowym Dworem Mazowieckim, teraz robią to nad naszymi głowami nad skrajem Puszczy. Ma to pewnie związek z uruchamianiem drugiego portu lotniczego w Nowym Dworze. Przy pętli autobusowej czynny sklep, zatrzymujemy się i błyskawicznie wypijamy po półlitrowym tymbarku malinowo-miętowym. Suszy. Biegniemy dalej.
Skręcamy w Drogę Łączniczek AK, po kilometrze mniej więcej w lewo w dukt, który doprowadza nas do betonowego parkanu niedaleko Góry Ojca. Maciek chce biec wzdłuż muru, ja obawiam się, że może być tam mokro i proponuję nieprzyjemną ścieżką szlakiem. Tam nawierzchnia jest paskudna, z betonowego gruzu. Decydujemy się na bieg wzdłuż muru, ale nie przebiegamy nawet 100 m i trafiamy na szerokie rozlewisko. Maciek przyznaje mi rację, zawracamy i truchtamy po betonowym gruzie do Góry Ojca i Lasek. Przed Górą Ojca wyprzedzamy dwie ubrane w brązowe kaftany zakonnice z kijkami nordic-walkingowymi. Rowerowym, najkrótszym szlakiem docieramy do parkingu w Opaleniu, gdzie stoi teraz sporo samochodów. Zbyszek już pojechał.
Czas brutto 2:54, jakieś 26 km. Ale upał! Ktoś z camelem na plecach w czerwonej koszulce Human Race właśnie rusza z parkingu w Puszczę, chwilę z nim rozmawiamy. A potem chwila rozciągania, odpinamy rowery i wio do Warszawy. Jakieś 8 km zostało mi do domu.
Żegnam się z Maćkiem przy rogu Radiowej i Kampinoskiej, Maciek skręca przy Górze Śmieciowej w lewo Kampinoską, ja zasuwam prosto. Ledwo ciągnę pedałami, bo jest ostry wiatr z przeciwka. Przystanek jeszcze w sklepie na Boernerowie i półlitrowa cola momentalnie znika mi w żołądku. Ledwo żywy docieram do domu, sąsiednia klatka już cicha, ledwo się wdrapuję po schodach na drugie piętro. Jest teraz z pewnością ponad trzydzieści stopni.
To już chyba jednak ostatnia Puszcza przed Litwą, trzeba się przed ultraorientacją oszczędzać.
środa, 25 kwietnia 2012
Kije
Przedwczoraj pożyczyłem od Maciaszczyka kije, dziś rano po raz pierwszy je wypróbowałem. Zrobiłem z nimi 10 podbiegów (podejść) pod Górę Moczydłowską najbardziej stromym wariantem, czyli od jeziorka do knajpy przy Czorsztyńskiej, a od niej prosto na szczyt. Powrót tą samą drogą. W sumie pod górę ok. 250 m, w dół tyleż.
Łatwo nie jest. Po pierwsze jeden z kijów nie da się do końca skręcić, ale to mniejszy problem. Po drugie, kijki są raczej do nordic-walkingu i mają tępe, gumowe końcówki. Nie wbijają się w grunt i na ziemno-trawiastej nawierzchni ześlizgują się na stromiźnie. Po trzecie, jestem jednak słaby w ręcach i pod koniec pot ze mnie spływał. Trzeba nabrać krzepy i częściej robić wspinaczkę z kijami.
W sumie biegowo-kijkowy trening zajął mi godzinę. Kolejny raz na nogach miałem Columbie Ravenous Lite, fajne butki. Może jeszcze coś pokombinuję z tymi końcówkami...
wtorek, 24 kwietnia 2012
Biegowy ciąg
Dziś jest czwarty dzień z bieganiem pod rząd. A każdego dnia inne buty na nogach. Dawno takiego ciągu nie miałem.
W sobotę 36 km z Pustola do Posady Sieraków i w drugą stronę w towarzystwie Białej, na nogach dobre i sprawdzone Nike Free 5.0. W niedzielę udział w GP Żoliborza na Kępie Potockiej, 10 km szybko i po asfalcie, dobry wynik 41:51, z pewnością także dzięki lekkim i dynamicznym Puma Faas 300. W poniedziałek 20 km po Górze Moczydłowskiej (10 podbiegów) i Lasku na Kole w dawno już nie używanych ale ciągle fajnych Brooks Cascadia 6. A dziś 9-kilometrowy ErgoTrening z podbiegami w zupełnie nowym modelu Columbia Ravenous Lite, lekkiej następczyni dużo bardziej amortyzowanej poprzedniczki Columbia Ravenous Trail. W sumie 75 km w cztery dni, a pomiędzy biegami sporo roweru.
Nowe buty Columbia Ravenous Lite są lekkie i we wrażeniach przypominają faasy 300. Drop (czyli różnica grubości podeszwy pod piętą i śródstopiem) wynosi podobno 10 mm, ale mam wrażenie że mniej (techlite 5/10 forefoot to heel off-set - tak stoi w opisie butów, ale może ktoś mi to z sensem przetłumaczy?). Waga w rozmiarze US 9,5: 192 g - lekuchny :-). Podeszwa trochę bardziej zębata niż gładkich faasów 300, ale do agresywności choćby roclitów 295 jeszcze jej daleko. Powiedziałbym, że to but trailowo-szosowy. Mam wrażenie, że jednak to najtwardszy, czyli najsłabiej amortyzowany w pięcie model, w jakim do tej pory biegałem. Brakuje mi też w nim trochę podparcia łuku podłużnego śródstopia. Ale biega mi się w nim w sumie fajnie, ma to co lubię. Dobrze opina stopę, ma miękki zapiętek, nie ma sztywnych elementów w cholewce, jest lekki i przewiewny. Podoba mi się, Columbia trzyma klasę. Szkoda, że jeszcze nie jest za bardzo doceniana przez polskich biegaczy.
Za półtora tygodnia rogaining na Litwie, a miesiąc później Bieg Rzeźnika. Wczoraj pożyczyłem od Maciaszczyka kijki, może jutro rano uda się je sprawdzić na Górze Moczydłowskiej. Piękna i pachnąca wiosna trwa, aż ciągnie w plener...
niedziela, 22 kwietnia 2012
GP Żoliborza na Kępie Potockiej
Wczoraj było długie, wolne wybieganie. Dziś dycha na szybko, czyli udział w Grand Prix Żoliborza - pierwszego z serii biegów na dystansie 10 km na Kępie Potockiej. Trasa biegu ma atest i była dziś uroczyście przecinana nożycami przez burmistrza Żoliborza. Pętla o dystansie dokładnie 5 km jest oznaczona co 500 m słupkami, trwale w parku zainstalowana, a jej przebieg objaśniają tablice. Przebiegaliśmy ją dwukrotnie.
Dojechałem na start rowerem, pogoda wspaniała, zapisy sprawne i szybkie. Pozwolono mi rozłożyć ulotki Festiwalu Biegowego i na ścianie pobliskiego szaletu (ale bardzo czystego i gustownego) przyklejono plakat festiwalowy. Poza galeryjną koszulką bez rękawów (dziś po raz pierwszy nic pod nią nie miałem) założyłem ambasadorskie spodenki. Na nogach sprawdzone, lekkie, miękkie i szybkie, żółte faas 300. Spotkania ze znajomymi, rozmowy, zdjęcia i w końcu o 10.00 ruszamy.
Na początku jest trochę ciasno, muszę wyprzedzać po trawniku, bo asfaltowe alejki są dość wąskie. Nagle niemal zderzam się z dwójką rowerzystów pod Trasą Toruńską, która nie zważając na gromadę biegaczy przebija się przez nich pod prąd. Przegapiam pierwszy kilometr, na drugim mam czas 8:29. Czyli przy utrzymaniu tempa 4:15/km wynik powinien być w granicach 42:30. Może jednak da się trochę szybciej...
Po drodze robią zdjęcia: Machnaś, Piotrek Siliniewicz, Andrzej Chomczyk, Pit (z Wawerką) i inni. Aż się doczekać nie mogę ;-). Andrzej ma też techniczną nowinkę - przymocowaną do roweru na wysięgniku małą kamerę, dzięki której udzielamy mu wywiadów w biegu. I mnie mijając na czwartym kilometrze prosił o parę słów, więc mimo ciężkiego oddechu słów kilka wydałem na temat planowanego czasu.
Połmetek przy bramie, mijam go około 21 minuty. Ktoś nęci kubkiem z napojem, przede mną trzech zawodników nie bierze picia, ale czwarty przede mną wyciąga rękę po kubek tuż przed moim nosem, muszę przyhamować. I się nie napiłem, choć miałem ochotę. Zaraz potem wyprzedziłem pijącego, który chyba się wodą trochę zakrztusił i bekał kilka razy. Więc może dobrze, że mnie to ominęło.
Dociskam na początku drugiej połówki, utrzymując tempo 4:10/km przez kilka kilometrów. Może da się złamać 42 minuty. Na 9 km mam czas 37:49, czyli w dotychczasowym tempie będę na styk. Ostatnie setki metrów, podkręcam przebieranie gicołów i oddech, dobrze że tak lekko się ubrałem, bo spływam obficie potem. Ostatni spory podbieg, trochę równego i zbieg do bramy mety, na którym bez trudu wyprzedza mnie zawodnik czający się od przynajmniej kilometra tuż za moimi plecami. Wpadam na metę z czasem 41:50, czyli ostatni kilometr był równo czterominutowy. Plan wykonany :-).
Koniec, łapanie oddechu, chyba z pięć kubków picia, rozmowy z Pitem i zaokrągloną już w brzuszku Wawerką, którzy kibicują tuż za metą, a Pit cyka niektórych finiszujących. Szybkie i sprawne zakończenie z losowanymi faasami 400. Wygrał zawodnik z Niemiec, Słonik był chyba drugi, Marcin Kufel trzeci, o ile pamiętam.
Po biegu rozmów dłuższy ciąg dalszy, po czym rowerkiem jadę wzdłuż Wisły na północ, aby przejechać się wreszcie nowootwartym Mostem Północnym. Fajna rowerowa ścieżka wzdłuż lewego brzegu Wisły, na której jest dziś mnóstwo rowerzystów. Ale sam most jeszcze niedokończony, nie można przejechać na Białołękę pieszo-rowerowym pasem po północnej stronie, przeciskam się więc wąziutkim pieszym przejściem po stronie południowej, do którego trzeba było wspinać się schodkami i które miało ze 70 cm szerokości. Zawracam po prawej stronie rzeki i wracam na Bielany.
Wracając do domu na podbiegu Dewajtis widzę biegacza z plecakiem, niechybnie przyszły uczestnik Biegu Rzeźnika. Zagaduję go o to i okazuje się, że trafiłem. To Maciek Ślężak, debiutuje w Rzeźniku niebawem, a wcześniej czeka go alpinistyczna wyprawa na jakiś czterotysięcznik na Borneo. Ma na nogach asicsy Gel-1160, które mu w Ergo sam dobierałem. Dobrze mu się w nich biega. Świat jest mały. Rozmawiamy kilka minut, po czym się żegnamy.
Przez Chomiczówkę i Bemowo wracam do domu, w sumie poza szybką dyszką było przynajmniej 40 km rowerem. Wiosna piękna i ciepła. Szkoda, że nie udało mi się namówić rodziny na tę fajną rowerową wyprawę.
sobota, 21 kwietnia 2012
Daleki rajd
Dziś o 7.15 ruszyłem na dalekie bieganie tylko z Białą. Szara nawet wykazała chęć dołączenia, ale po założeniu szorek jednak zrezygnowała i zdecydowanie odmówiła wyjścia. Chyba czuła wybuch ciepła wiosennego i bała się w tych warunkach dalekiego biegania. I miała rację, jak się potem okazało. Uwaliła się na posłaniu, zdjąłem jej szorki.
Pogoda wspaniała, ale coś z ciśnieniem się kotłuje, wieczorem rozdrażnienie spore, rano koło piątej zbudził mnie ból głowy. Procha łyknąłem, poprzewalałem się trochę, ale nie zasnąłem, więc w drogę. Początek standardowy: Wola Park, Radiowa, Boernerowo, Łosiowe Błota, Góra Śmieciowa, Opalin i do Arkuszowej.
Na Arkuszowej jakiś husky zza płotu do Białej prawie się przecisnął między sztachetami (a to jakieś 15 cm było), przepchnął łeb, pół tułowia i przednie łapy, ale w końcu się wycofał. Nagle ktoś mnie woła z zatrzymującego się samochodu. To Jacek Sawa, właśnie jedzie do roboty, pogadaliśmy minutkę, pojechał dalej. Docieramy do wysokiego muru szkoły w Mościskach i skręcamy w prawo w Estrady. Dziś nie robimy łąkowych wariantów, bo chyba właśnie wśród nawłociowej gęstwy Biała złapała przed tygodniem trzy kleszcze. A jeszcze nie jest zakropiona, preparat na kleszcze kupiłem dopiero po powrocie z dzisiejszej wyprawy.
Osiągamy zbawczy skraj Puszczy u zbiegu ulic: Loteryjki, Estrady, Rękopis i Jodłowej. Asfaltem Rękopisu docieramy do parkingu w Opaleniu, stoją tam na razie tylko dwa samochody. Dziś Biała wybrała inny wariant niż zwykle, zamiast ku Michałówce ruszamy zielonym szlakiem rowerowym na północ, ku Dąbrowie, wzdłuż skraju Puszczy i linii wysokiego napięcia, która jak zwykle trochę skwierczy i zagłusza głośny świergot ptactwa najróżniejszego.
Słońce świeci od południowego wschodu i grzeje leśny dukt, na którym napotkałem pierwszego w tym roku opalającego się padalca. Wygląda jak spory gwóźdź, barwa metaliczna, w kształcie znaku zapytania, całkiem nieruchomy. Biała go przegapiła, ja omal nie rozdeptałem. Ryzykowne takie wygrzewanie, często spotykam latem na leśnych drogach rozjechane resztki padalców, żywe zdecydowanie rzadziej. Parę sekund podziwiania i biegnę dalej, zanim Biała jednak zwierza zauważy i zapragnie zakosztować.
Docieramy do czarnego szlaku pieszego i odbijamy nim od linii energetycznej w głąb Puszczy, na północny zachód. Na Przedłużu, przy tablicy z mapą KPN (chwila planowania dalszej trasy) odbijamy niebieskim ku Łuży. A potem żółtym dobiegamy do wiaty i pomnika na Nadłużu, gdzie mamy ze trzy minuty postoju na napojenie Białej. Mała górska premia na wydmie i żółtym zmierzamy do uroczyska Na Miny, a potem zielonym w kierunku Posady Sieraków.
To najbardziej mokry, ale i najpiękniejszy kawałek dzisiejszej wyprawy. Wokół kwitną wszędzie na biało zawilce, a tu i tam w wodzie widać kaczeńce. Trochę błotny robi się leśny dukt. Nagle tuż przy drodze w bagnie widzę poruszający się jasny kuper sarenki, skaczącej z kępy na kępę. Biała też ją wypatrzyła i mocno ciągnie, ale amortyzator trzyma. Sarna odskoczyła jakieś pięćdziesiąt metrów w prawo, w głąb bagna Cichowąż, stoi nieruchomo, udaje że jej nie ma. Ale jak się zorientowała, że ją z Białą doskonale widzimy, to chodu i znika skokami w lesie.
Sarny tu widać bardzo płochliwe nie są, może dlatego że przez prawie 20 lat biegania po Puszczy nie spotkałem w niej nikogo z bronią, w końcu to park narodowy. Nieprzebyte bagna tuż obok, jest gdzie się schować. Chyba już większym zagrożeniem są luzem biegające psy turystów puszczańskich, co stanowi łamanie parkowego regulaminu i grozi mandatem. Ja na bieganie po Puszczy z psem w uprzęży mam zgodę tutejszej władzy. Psy luzem polecą czasem za zwierzakami i tyle ich właściciele widzieli, o czym świadczą dość częste na drzewach plakaciki, że kolejny pies w puszczy zaginął. No i zakleszczenie teraz duże. A dzisiaj ze trzy razy widziałem turystów w lesie z psami luzem. Wyobraźnia trochę ludziom szwankuje, ech...
Przeprawiamy się z pewnym trudem przez wartko płynący przez dukt potok przy mostku, trzeba przejść po chybotliwym stosiku balików. Udaje mi się to zrobić suchą skarpetą, Biała wolała przez wodę po brzuch. Zwykle czuć tu bagnem, dzisiaj jest wspaniale, kwitnące kwiaty zupełnie inne wonie wydają, woda szemrze, ptaki świergolą na maksa, słońce świecie, małe jeszcze pąki liści się rozwijają, jest super. Kwiecień to dla mnie w Puszczy najpiękniejszy czas. Po słocie wraca życie, pachnie, żyje, świeci :-).
Docieram do Posady Sieraków, najdalszego miejsca dzisiejszej wyprawy, dwie godziny od startu. Aż chce się ruszyć gdzieś dalej, do Pociechy, ale rozsądek mówi, że trzeba wracać, do domu na Pustola prawie 20 km. Chyba jeszcze tak dalekiego wypadu bez podjechania czymkolwiek, bezpośrednio z domu, nigdy nie zrobiłem.
Mijamy leśniczówkę i dobiegamy do Sierakowa. Po drodze Biała spotyka dwie wałęsające się luzem perliczki (coś pośredniego między kurą a indykiem) i strasznie chce na nie zapolować. Nie mogę jej odciągnąć, perliczki silniej na nią działają niż sarna parę minut temu. Wbiegamy między domy, a tu perliczek łażących luzem robi się kilkanaście. Amortyzator ledwo już trzyma.
Niefajne półtora kilometra asfaltem przez Sieraków, z karłowatymi psinami piłującymi pyski ile wlezie i podbiegającymi do naszych nóg. Agresja ich wyjątkowa, pewnie też je trochę bolą głowy. Mam takiego jednego na klatce, jak z psami idziemy schodami, to mało klatka się nie rozwali od hałasującej za drzwiami mieszkania karykatury psa. A właściciele lubią trochę wypić, tu w Sierakowie chyba zresztą też. Psy normalnych ludzi tak się nie zachowują. Aż pokazuję sam zęby, warczę i zniżam się na pułap tych kilkunastu centymetrów nad gruntem, czyli poziomu upierdliwych, karykaturalnych napastników. Słowa niewybredne wreszcie zadziałały, sfora szczuropsów umyka.
W sklepiku przy pomniku i pętli autobusowej kolejny kilkuminutowy postój. Resztki wody z butelki wylewam Białej do małej plastikowej miski z plecaka, sam kupuję sobie drożdżówkę i tymbark jabłkowo-miętowy. Potem dalej asfaltem na wschód i odbijam przy pomniku w Drogę Łączniczek AK. Dalej Góra Ojca, czerwonym pieszym do Michałówki i żółtym do parkingu w Opaleniu, gdzie stoi już kilkanaście zaparkowanych aut.
Wracamy dokładnie tą samą drogą, którą dotarliśmy do Puszczy. Na rogu Arkuszowej i Opalina jeszcze jeden przystanek w sklepiku, bo jest ciepło i mnie suszy. Kupuję puszkę coli, którą pracownica sklepu mi rekwiruje po spożyciu i zgnieceniu (recykling rules). Dopada tu mnie telefon Goni w sprawach ergowych. Biegniemy dalej, Biała od czasu do czasu gasi pragnienie w kałużach. Park Leśny Bemowo, Radiowa, Wola Park i w końcu Pustola, chwila rozciągania na koniec. Czas brutto 4:20, dystans szacuję na jakieś 36 km. Chyba rekordowa pod względem zasięgu wyprawa biegiem od drzwi domu, a tempo wyjątkowo spokojne, wręcz leniwe.
Oczywiście micha dla Białej, która ledwo żywa dotarła do domu. Symbolicznie dostała też trochę Szara. Przez całą drogę powrotną od wyjścia z Puszczy Biała biegła na luźnym amortyzatorze, na Radiowej to ją wręcz ciągnąłem. Bo ciepło, przedburzowo. Szara wymiękła by z pewnością dużo wcześniej. Jest południe, zanim uwalę się w wannie jeszcze trzeba zrobić sobotnie zakupy.
Jakoś częściej spotkania ze zwierzyną zdarzają mi się wtedy, gdy biegam w Puszczy sam, albo tylko z psami. Chyba dlatego, że nie ma płoszącej zwierzaki głośnej rozmowy, a i człek na otoczeniu bardziej skoncentrowany. Jutro ściganie się na 10 km, Grand Prix Żoliborza na Kępie Potockiej. Kiedy kończę pisać relację, za oknem burza na całego: pada, błyska i grzmi. Głowa boli. Wiosna.
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Dziesięć lat temu
Minęło już dziesięć lat...
Pojechałem w kwietniu 2002 r. już po raz chyba trzeci na maraton w Dębnie, byłem wtedy zafascynowany tą imprezą, poziomem organizacji i kibicowania. To był maraton dla wyczynowców, tam padały rekordy Polski. Więc 500 km w jedną stronę mnie nie odstraszało. Zabrałem się samochodem Sławka Redy, w którym też jechało do Dębna biegające małżeństwo Orzechowskich. W Toruniu (a może Bydgoszczy?) na pokład dosiadł się wtedy brat Sławka.
Maraton był fajny, jak zwykle. Pamiętam że nocowałem w szkole niedaleko startu na karimacie ze śpiworem, w przeciwieństwie do moich towarzyszy podróży, którzy zdecydowali się na kwaterę prywatną i dwa noclegi, przed i po maratonie. Sam bieg wypadł całkiem nieźle, chyba życiówki wtedy nie poprawiłem, ale był wynik w okolicach 3:48. Nie chciałem razem ze Sławkiem i resztą nocować w Dębnie jeszcze z niedzieli na poniedziałek, coś mnie gnało do Warszawy, mimo że w pracy postarałem się o urlop w poniedziałek.
Trzy osoby jechały fiacikiem seicento albo cinquecento do Warszawy, ruszali wczesnym niedzielnym popołudniem, ja niemal na siłę dołączyłem do nich ze swoimi tobołami. Pamiętam, że ze względu na obciążenie autka jego właściciel musiał przestawić ustawienie świateł. Z zawodu był kierowcą autobusów. Jazda do Warszawy, ponad 500 km, była koszmarem. Ścisk straszny, prawie bez postojów, a styl jazdy kierowcy skrajnie ryzykowny i brawurowy. Nieraz jechał dalej lewą stroną jezdni, mimo, że wyprzedził już dawno inny samochód, i dopiero w ostatniej chwili zjeżdżał na prawo tuż przed jadącym z przeciwka autem. Robił to ze śmiechem, a we mnie się gotowało. W dodatku, jak często po maratonie i w długotrwałej podróży, bolała mnie głowa. Siedziałem cicho, w końcu byłem tam na doczepkę.
Ale do Warszawy dotarliśmy w rekordowym tempie, uiściłem składkę za paliwo, było około dziesiątej wieczorem, gdy zjawiłem się w domu na Osiedlu Przyjaźń. Dowiedziałem się od mamy, że w sobotę wieczorem ojciec źle się poczuł i zabrało go pogotowie do Szpitala Wolskiego. W niedzielę mama odwiedziła ojca w szpitalu, czuł się już lepiej, był w dobrej formie, żartował. Ojciec miał wtedy wielką brodę, lekarze prosili, żeby mu ją przystrzyc. Ustaliliśmy, że w poniedziałek z samego rana (w końcu miałem urlop) pojedziemy do szpitala, ja i mama, z przyborami do golenia i strzyżenia.
Rano staliśmy na werandzie z mamą i jeszcze chyba z kimś, może z moim bratem Krzyśkiem, zaraz mieliśmy wychodzić do szpitala. Podjechał pod dom jakiś człowiek samochodem, chyba polonezem, nie pamiętam. Nie wyglądał na listonosza. Dopytał się o numer domu i podał mamie telegram. Mama otworzyła, przeczytała i bez słowa wpatrywała się niewidzącym wzrokiem przed siebie przez jakąś minutę, a potem podała mi kartkę. W telegramie było krótkie zdanie informujące, że Tadeusz Goleń zmarł nad ranem w poniedziałek w Szpitalu Wolskim. Jak potem wykazała sekcja, był to zawał, nie pierwszy jaki przeszedł (były inne blizny pozawałowe), chociaż pozostałe były niezauważone, ojciec tylko gorzej się czasem czuł. Miał 57 lat.
Trochę trwało, zanim doszliśmy jako tako do siebie. Wsiedliśmy w tramwaj i pojechaliśmy do szpitala...
niedziela, 15 kwietnia 2012
Z Leszna w Karpaty
Dziś była wyprawa w głęboką Puszczę, wyjątkowo bez psów. Ekspedycja zeszłotygodniowa skończyła się znalezieniem na Białej dwóch solidnie opitych już krwią kleszczy. Czas najwyższy na zabezpieczenie psów, a na razie musiały zrezygnować, dla bezpieczeństwa.
Do parkingu pod neogotyckim kościołem w Lesznie dotarliśmy deszczowego niedzielnego ranka samochodem taty Dolores w składzie: Dolores, Maciaszczyk i Jang. W mżawce ruszyliśmy na północny wschód w Puszczę o 8.10. Zagadaliśmy się i zgubiliśmy gdzieś szlak, za to natrafiliśmy na stadko trzech sarenek, które co najmniej dwukrotnie przekraczało drogę przed nami. Żółtym szlakiem zmierzaliśmy na północ. Na platformowym mostku nad Kanałem Zaborowskim wśród podmokłych, rudych łąk, zrobiliśmy krotki postój, mimo dżdżu było to bardzo urokliwe miejsce.
Deszcz przestał padać. Jeszcze jedna sarenka mignęła nam na drodze w lesie po północnej stronie kanału. Przecięliśmy zielony szlak koło wiaty, przy której przed ponad pięciu laty, podczas wyprawy tylko z Szarą, wykrystalizował mi się pomysł na Bieg Truskawki. Dotarliśmy do czerwonego szlaku, skręciliśmy w niego w lewo i dobiegliśmy do Roztoki.
Chcieliśmy wstąpić do parkingowego baru na herbatę, ale ten okazał się zamknięty. Więc przekroczyliśmy szosę i wzdłuż niej po wydmie pobiegliśmy na południe, a potem odbiliśmy czerwonym szlakiem na zachód, ku Karpatom, po całkiem sporych wydmach. Dotarliśmy aż do Zamczyska, cofnęliśmy się do skrzyżowania szlaków Karpaty i niebieskim szlakiem ruszyliśmy znów ku Lesznu. Krótki postój był przy schronie z 1936 r., do którego na chwilę wleźliśmy.
Niebieskim osiągnęliśmy Leszno, obżarliśmy się słodyczami w sklepiku, po czym podjechaliśmy jeszcze obejrzeć najgrubsze w Polsce drzewo, czyli obrodawczałą topolę przy rybnych stawach w pobliżu lesznowskiego pałacu. Po czym wróciliśmy do Warszawy. Trafiliśmy w okienko w deszczu z naszym bieganiem, bo przed i po nim bardzo intensywnie padało, a my nawet specjalnie dużo błota po drodze nie mieliśmy.
W sumie 25 km, co zważywszy na brak czworonożnych ciągników było niezłym wynikiem. Wszyscy troje na końcu ledwo żyliśmy, ale jak zwykle fajna była daleka puszczańska wyprawa. Zawilce w podmokłościach już kwitną na całego, pąki świeżych liści jeszcze z pewną nieśmiałością. Kwiecień to najpiękniejszy miesiąc w Puszczy, żeby się jeszcze tylko troszku wypogodziło.
|